Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi CheEvara z miasteczka Warszawa. Mam przejechane 42144.78 kilometrów w tym 7029.47 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.79 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl
licznik odwiedzin blog

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy CheEvara.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w miesiącu

Kwiecień, 2012

Dystans całkowity:2096.13 km (w terenie 277.65 km; 13.25%)
Czas w ruchu:92:25
Średnia prędkość:22.68 km/h
Maksymalna prędkość:48.87 km/h
Suma podjazdów:5438 m
Maks. tętno maksymalne:179 (91 %)
Maks. tętno średnie:162 (82 %)
Suma kalorii:54324 kcal
Liczba aktywności:30
Średnio na aktywność:69.87 km i 3h 04m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
53.47 km 8.11 km teren
02:16 h 23.59 km/h:
Maks. pr.:41.24 km/h
Temperatura:24.0
HR max:152 ( 77%)
HR avg:129 ( 65%)
Podjazdy:165 m
Kalorie: 1639 kcal

Kto jest twoim ideałem i dlaczego jest to Che?

Poniedziałek, 30 kwietnia 2012 · dodano: 08.05.2012 | Komentarze 13

Nawet ta sama Che, która nie pamięta, co jechała onegdaj w tenże poniedziałek. O ile zwykle szczelałam se na – teraz użyję słowa, którego nienawidzę – KARTELUSZKACH jakieś tam skróty myślowe (w rodzaju ,,zajebać całą lamowatą populację rowerową” – i już MNIEJ WIĘCEJ wiedziałam, o czym zrobić wpis), tak teraz jęłam polegać na tym, co se narysował pan Garmę (Garmin), który to chwilę potem pożarł przecier Kotlę (Kotlin).

I tak PACZE w tę mapę i nie wiem, co ja PACZE.

Zaś bez paczania wiem, że jestem we wpisowej dupie ciemnej jak pumpernikiel taty dwa tysiące (nie pytajcie;)).

To se na takie dictum zaśpiewam.

&ob=av2n

Stare, ale niemożebnie zajebcze to:)


Dane wyjazdu:
99.48 km 4.41 km teren
04:16 h 23.32 km/h:
Maks. pr.:36.90 km/h
Temperatura:31.0
HR max:167 ( 85%)
HR avg:135 ( 68%)
Podjazdy:334 m
Kalorie: 2898 kcal

Nie DOCIĄGŁAM ja

Niedziela, 29 kwietnia 2012 · dodano: 04.05.2012 | Komentarze 11

Do stówki, aaaaale!

Nauk kilka osiągnęłam. Półtoralitrowy bukłak w taki upał to jak naparstek dla słonia. Wypijam to już w pierwszych trzydziestu minut jazdy.

Sprintów nadal nienawidzę, ale o tyle to FAJNY trening, że się tłucze kilometry.

No i się nasłuchałam. Intensywnego rozmnażania po krzakach, wszystko bzyczy/bzyka i w tym amoku wlatuje do gęby, we włosy, do ÓCZ i jak tu kurna nie nabawić się idiotycznej opalenizny na twarzy? Ja muszę mieć okulary, bo jak nie, to będę jak ten motocyklista z robalami w zębach, tylko że ja będę je mieć w oczodołach :D


Stara REPA się robię, skoro mi taki upał w jeżdżeniu na rowerze przeszkadza. Kiedyś nie przeszkadzał.

Strasznie jakoś dużo hejtu u mnie ostatnio na blogasku.

Będę zatem wklejać notki do tej połowy, w której jeszcze nienawiść moja nie zdążyła się ulać:)

A póki co...

A tymczasem taki test dla mojej próby powstrzymania się od wszelkiego hejtu © CheEvara


ekhem


Dane wyjazdu:
119.84 km 11.24 km teren
05:02 h 23.81 km/h:
Maks. pr.:35.30 km/h
Temperatura:28.0
HR max:175 ( 89%)
HR avg:129 ( 65%)
Podjazdy:348 m
Kalorie: 3359 kcal

Mam znowu takie zaległości, że CZYSTA razy zastanawiałam się

Sobota, 28 kwietnia 2012 · dodano: 04.05.2012 | Komentarze 7

CZY W OGÓLE DODAWAĆ WPISY

Tym bardziej, że wiszą nade mną takie sążniste, grube i treściwe, a ta treść sama się nie wytworzy, zaś ja mam tyle na to czasu, co moje wszystkie koty jakiejkolwiek logiki w działaniu.

Pamiętam też zasadniczo średnio cokolwiek.

Tym razem na pewno byłam na rundzie w Jablonnie, robim wyścig dla młodocianej szarańczy, a ja namówiłam się z Mateuszem, że dokończymy wczorajsze oznaczanie pętli i damy znać okolicznym mieszkańcom, że i będzie głośno, i tłoczno, i że alkohol będzie lał się stru... A nie, to nie ta impreza.

Że będzie się działo, daliśmy znać.

W czasie gdyśmy z Matim OBKRĄŻALI rundę, Lotosowa mała, psotna szarańcza rozebrała nasze rowery (przy moim Centku przynajmniej się upaprali – gdyby ktoś do tej pory nie wiedział, dlaczego mój rower nie należy do tych, które mogłyby reklamować skuteczność produktów Muc Offa, to właśnie dlatego, żeby nikomu nie przyszło go do głowy go dotknąć) i powiesiła na drzewie. A niby jechali dziś symulację wyścigu... Skoro mieli siły na takie HARCE (fajne, staromodene słowo:D), to pojechali ten trening na pół gwizdka, jak nic mogę być kapusiem i donieść o tym Wojtkowi:D

No nic.

Nie pamiętam wiency nic, nie zapisałam se, a z mapy wynika to, com napisała. Nie pamiętam:D

A nie. Jednak coś mi się kojarzy. Jebane hordy psów puszczonych luźno pod na podstołecznych wioskach. Spierdalałam przed takimi trzy razy na odcinku dziesięciokilometrowym. Można powiedzieć, że to symulacja taka interwałów. Każdy miał dziś zatem swoją.

Jak dostanę foty rowerów na drzewie, ZAMIĘSZCZĘ ja:)



Dane wyjazdu:
53.68 km 9.84 km teren
02:19 h 23.17 km/h:
Maks. pr.:39.80 km/h
Temperatura:24.0
HR max:156 ( 79%)
HR avg:130 ( 66%)
Podjazdy:252 m
Kalorie: 1507 kcal

Niby lato, niby piątek, a ja dystans jak ta ciota…

Piątek, 27 kwietnia 2012 · dodano: 27.04.2012 | Komentarze 27

Ale nie, to było GRUBO ponad moje siły. Wszystko, co nigdy, absolutnie nigdy nie powinno wylęgać na ulice poprzez dosiadanie rowerów, dziś to zrobiło i dla mnie – jak mówi mój ulubiony Marcin, czyli Folia, czyli Franc – to jest coś bez nazwy.

Wyjedź Warszawo, ta SŁOIKOWA i ta rodowita, błagam, wyjedź już na tę majówkę, bo zaiste koniec twój jest bliski. Skonstruuję hekatombę i cię wysadzę w pizdu.

Stwierdziłam – pomimo słońca, pomimo genialnej pogody, pomimo dość wczesnej pory – że SPIERDALAM do domu, bunkruję się tu z piwem, o którym myślałam CAAAAAŁY ciężki dzień i nie wyjdę na rower dopóki się nie przerzedzi.

Jasne, ekstra, że jesteśmy takim aktywnym społeczeństwem, szkoda tylko, że bez grama masy jebanej mózgowej.

Wyliczać?
PROSZZZZZZZ:
- dziewuchy na amsterdamach (już w ubiegłym roku nazwane przeze mnie LAMAMI), którym kierownica służy do bujania się po caaaałej szerokości ściechy i skręcania dokładnie tam, gdzie nie powinny

- cioty na rowerach miejskich, które to zatrzymują się tak, jak jechały sekundę wcześniej, bo dzwoni im telefon, a o czymś takim jak zestaw słuchawkowy w swojej tępocie jeszcze przez 150 lat nie pomyślą

- gnoje gimnazjalne, które urządzają sobie rajdy na dedeerach i poza nimi ze szczególnym upodobaniem PRZEJŚĆ dla pieszych – nawet pomimo to, że obok leci PRZEJAZD rowerowy

- rodzice z dziećmi i to jest naprawdę kurwa temat encyklopedyczny. Najlepsi są ci, którzy jadą se przodem, a dzieciak w tyle, totalnie bez ich nadzoru, dwadzieścia metrów od nich, kolebie się (tak sekundę przed wywałką właściwą) i wywala się na kontrapasie rowerowym przed kołami jakiegoś PRO, któremu wydaje się, że ta różowa kostka to jeden ze zjazdów w Istebnej i NAPIERDALA tamtędy.

Eh, ludzie, ludzie.
Poszukując, spokoju uciekłam na terenową, prawą stronę Wisły i tamtejszą ście, ale… stamtąd też trzeba było rychło spierdalać.

Zaraz siadam do mapy i sprawdzam, jak mogę dotrzeć do pracy/do Wojtka z Bródna, jadąc tylko nieprzychylnym CIOTOM Kampinosem. Niech i nadłożę 70 kilo. Żaden problem. Wolę wykończyć siebie niż zajebać kogoś. Póki co.


Dane wyjazdu:
69.58 km 18.12 km teren
03:24 h 20.46 km/h:
Maks. pr.:43.70 km/h
Temperatura:18.0
HR max:170 ( 86%)
HR avg:134 ( 68%)
Podjazdy:394 m
Kalorie: 2044 kcal

Jakiż ze mnie cham i gbur!

Czwartek, 26 kwietnia 2012 · dodano: 27.04.2012 | Komentarze 5

Jest se taki wynalazek jak fejsbuk, nieprawdaż. Kpię z niego mniej lub bardziej, ale mam. No. Ma on opcję wysyłania (i otrzymywania też:D) wiadomości. Szkoda jeno, że nigdy mnie nie zastanowiło, co oznaczają wiadomości INNE i nigdy w nie nie klikałam. Przed dwa lata uzbierał mi się tych wiadomości pokaźny stosik, niniejszym SERDELECZNIE plasiam tych, którym nie odpisałam:D
Co prawda większość tych wiadomości i tak nadaje się do wystrzelenia w kosmos, bo WYŚLIJ DO WIELU działa na mnie strasznie najeżająco.

Ale kilka nie zasłużyło na ignora.

W każdym razie. Co ja dziś jadę.

Otóż jadę, ile się da, stylizując się ponownie na kretyna, gdyż słońce OPERUJE. Dzięki temu dorobiłam się opalenizny debilnej. Ręce mam zjarane od nagdarstka do połowy BAJCEPSA, nogi od połowy uda w dół, do kostki.

O odwróconej pandzie, czyli jasnymi zakolami pod oczami nie wspominam nawet, bo mię się wyć zachciewa:D

Nic to. Rano przed pracą wybyłam pogłębić to krzywe opalenie, wykonując pętliczkę przez Dolny Mokotów (serdecznie pozdrawiam CHUI w samochodach, którzy na Idzikowskiego utykali w korku, ale nie mogąc zdzierżyć, że jadę pod górę szybciej troszeńkę, dojeżdżali mi do prawej krawędzi, bym musiała slalomować. Ssijcie pały bożkom mamony swoim, BUSTARDS).

Mimo wszystko jechało mi się zacnie.

Po pracy zaś pomknęłam do Jabłonny. W planach miałam popstrykać se na rundzie TECHNIKIE, za pierwszym razem oczywiście dokładnie każdy zjazd i zakręt popitoliłam, za drugim przejechałam niemal wsjo bezbłędnie. Na początku trzeciej pętli natknęłam się na Wojcia i Mateusza, którzy otaśmowywali przed wyścigiem traskę. Toć żem pobieżyła, by wspomóc.

I tak se myślę, że ktoś ze zmysłem NIEzapamiętywania szlaku i umiejętnością popieprzenia dosłownie wszystkiego (jak ja) zgubi trasę już przy drugiej zawrotce:D

Ale.
Wstępnie runda jest ZAZNACZONA.

Aaaaaa! Zapomniałam byłam! Zjechałam se NA CENTKU tenże zjazd, którego się w poprzednim tygodniu cykałam.

Jasne, golenie amora zapadły mi się w lagach do końca i jak odskoczyły, to prawie mi stawy w barkach powyrywało, ale uznałam, że nie mogę być pizdoletą.

Fajnie było.

Najbardziej ubawiły mnie Lotosowe dzieciaki. Na hasło „podkopcie korzenie, żeby było trudniej” zareagowały wyryciem pod tymiż korzeniami głębokich RYNIEN, a potem demonstrowaniem sceptycznemu Wojtkowi, że DA SIĘ to przejechać.

Ubawiłam się;)

A w tak zwanym międzyczasie jeden z nich, największy „Szkodnik” podprowadzał mi za moimi plecami rower, gdym ja, idąc z buta i porzucając co i rusz Centka, oznaczała trasę:D
No zło we wcielonej i DZIECIĘCEJ postaci.


P.S. Daję ja kolejnemu sezonowi „Californication” szansę, po dość brutalnie zerwanej naszej transmisji (trzeci sezon dla mnie był kluczowy i doprowadził do naszego rozwodu swoim studenckim – oblanym dodam na zaliczeniu – scenariuszem), a tam pierwszy odcinek czwartego sizołna zaczyna się tym:



No to nie może być źle, prawda?


Dane wyjazdu:
72.87 km 4.61 km teren
03:12 h 22.77 km/h:
Maks. pr.:45.60 km/h
Temperatura:11.0
HR max:172 ( 87%)
HR avg:138 ( 70%)
Podjazdy:250 m
Kalorie: 2438 kcal

Są takie sytuacje, że pies zjadł pasek

Środa, 25 kwietnia 2012 · dodano: 25.04.2012 | Komentarze 8

Nieeeee, to nie jest wytwór mojego chorego zakatarzonego umysłu, a cytat z sześcioletniej córki mojej szefowej.

Skoro mówi, że są takie sytuacje, to ja jej wierzę.

Cytuję dziecko owo natenczas onegdaj, gdyż chcę ładnie rzeczy powiązać i napisać, że są też takie sytuacje, że człowieka (konkretnego, oczywiście) nakurwia głowa tak, że ma ten człowiek (konkretny, oczywiście) wrażenie, że jak zaraz z tej wspomnianej głowy nie wykluje mu się obcy, to na pewno oczami wypłynie z bólu mózg. I ja czegoś takiego doznałam dziś, wychodziwszy z domu na trening.

Na mój UKOCHANY, dodam, wiecie, który. Tomcio na pewno wie.

Kiedyś, jak byłam młoda i głupia, doznawałam ataków globusa (państwo se przeczytają na nowo „Nad Niemnem”, będziecie w temacie). Jakoś cyklicznie, z mimo wszystko niezbadaną przeze mnie częstotliwością. Przyłaziło takie bolenie i zabierało dzień (czasami dwa) z życia. Ketonal to ja mogłam jeść i jednocześnie instalować se w formie czopków. Równie też dobrze mogłam go w ogóle nie zażywać, bo ni chu-ia nie pomagało. Z takich przemiłych akcentów pamiętam mgłę przed oczami i wycie z bólu. Dość charakterystycznego, bo to tak jakby ktoś mi łeb imadłem ściskał.

Z bielmem boleści na oku MIMO WSZYSTKO pojechałam na moją pętlę. Zrobiłam trzy sprinty i byłam pewna, że spadnę z roweru przy następnym i zrobię wszystko, żeby się już nie podnieść. A te trzy sprinty to nie była nawet połowa tego, com miała dziś wykręcić. JEDNA CZWARTA jedynie.

Przeanalizowałam sytuację (także tę, że pies zjadł pasek) i uznałam, że jak odpuszczę, to może i se ulżę, w domu przyłożę głowę do poduszki i jebnę się w nią (w głowę) zabraną PO TRASIE płytą chodnikową, i dzięki temu jakoś szybciej umrę, ale będę na siebie wściekła, że miszyn nat akompliszt i że trening niezdiełany. Także w ZSRR.

I nie wiem, czym: siłą woli, rozpędu, ambicji zrobiłam sto DWAJŚCIA procent tego, co dziś trzeba było. Że ja nie umarłam tam sobie to cud jakiś.

Podczas mojego przed-przed-przedostatniego kółka dopadł mnię quartez, który miał dzisiejszego wieczora dylematy takie, które opisał u się.

Chwilę ino pokręciliśmy razem, ja nie chciałam się wybijać z amoku, bo byłam na tak zwanym finiszu, aOpis linka quartez ciął do domu.

No. Ten trening se opatrzę w mentalną antyramę i będę go wspominać za każdym razem, jak nie będzie mi się chciało go robić, a będę w stuprocentowej formie.

O, przypomniałam sobie.
Rano, razem z innym cyklistą, pchaliśmy na dedeerze wzdłuż Wisłostrady rozkraczony samochód. Jakimś starszym ludkom wziął on i się zesrał i poprosili o pchanko.

- No, to trening siłowy mam za sobą – podsumowałam po wszystkim ową scenkę, kierując słowa do owego drugiego cyklisty, poruszającego się na ostrym i jadącego w tym samym kierunku, co mua.

Dopiero w pracy do mnie dotarło, jaka jestem niekulturna świnia, bo ani się nie ZINTRODUSOWAŁAM, ani o godność nie zapytałam.

Na koniec oczywiście wierszyk okolicznościowy.
Katar, katar,
ty kurwo blada.

Tak.


Dane wyjazdu:
44.82 km 14.31 km teren
02:02 h 22.04 km/h:
Maks. pr.:36.70 km/h
Temperatura:14.0
HR max:158 ( 80%)
HR avg:135 ( 68%)
Podjazdy:165 m
Kalorie: 1369 kcal

Ten Wojciu to łebski człowień jest;)

Wtorek, 24 kwietnia 2012 · dodano: 25.04.2012 | Komentarze 15

No bo jakby wiedział, żem lekko w niedyspozycji, że giry trochę mnie ciągną, że złapało mnie jakieś jebane przeziębienie.

I zlitował się w mikrocyklu. Generalnie nie widząc, żem zasmarkała się i że szkity mnie napinają.

Dziś rano jeszcze byłabym w stanie coś zrobić, ale po robocie ni-chu-ia. Może to praca tak na mnie działa, że odczuwam mulenie pod czaszką, nakurwia mnie gardło i z kichawy się sączy.

Ale jak mnie wzięło i w połowie dnia złamało (odpowiednio do pory doby) w pół, tak do domu dotarłam w formie turlanej. Bez sił, bez ducha, jak szkieletów ludy. Łomatko. Wszystko w domu zdziwiło się, że jestem za jasności na kwadracie. Najsamwpierw zadziwiła się Pani Mama. Potem zdziwiła się sofa, materac i laptop, że po to wszystko sięgam tak wcześnie.

A ponieważ nic ciekawego do powiedzenia nie mam, zamieszczam fotę tego czegoś, w co przykurwiłam przed maratonem w Piasecznie, na który właśnie na skutek owego przykurwienia nie pojechałam w trykotach.

Nie chce mi się wykadrowywać tej foty, takam chorutka :D © CheEvara


Aż obadałam temat ubiegłej soboty, gdym wracała z treningu. Po pierwsze sprawdzałam, czy jest to droga rowerowa, czy może ciąg pieszo-rowerowy, i ze znaków wynika, że to drugie. W związku z tym mam dylemat, ki chuj to jest i po co? I czy może to tu być?
Znowu tyle pytań.


Dane wyjazdu:
50.91 km 4.21 km teren
02:10 h 23.50 km/h:
Maks. pr.:42.60 km/h
Temperatura:14.0
HR max:148 ( 75%)
HR avg:128 ( 65%)
Podjazdy:179 m
Kalorie: 1598 kcal

Ojejuńciu

Poniedziałek, 23 kwietnia 2012 · dodano: 25.04.2012 | Komentarze 7

Bolą mnie nogi, olaboga. Wstępnie planowałam zaprowadzić Speca na kanał, żeby mu te CZESZCZENIA w suporcie zlikwidować, ale ta logistyka mnie przerosła.
A raczej wizja wracania do domu komunikacją. Nie jestem jeszcze na to gotowa. Właściwie trochę nie wiem, czemu jestem fizdą i nie wypożyczam przy tej okazji jakiegoś Stumpa czy Epica.
A już wiem, czemu. BO JESTEM FIZDĄ.

W zasadzie wydarzyło się rowerowego dokładnie nic, nuda, nikt mnie nie zepchnął, nie obtrąbił, spotkałam może dwie piesze cioty tam, gdzie pieszych ciot być nie powinno.

Sielanka zatem wręcz. Jęłam w związku z tym węszyć spisek. Nawet myślę, że poranna jajecznica jest przeciwko mnie. Tylko czekać, aż mi wyjdzie na dedeer i się przez nią wyjebię, wbiwszy sobie spd w łydkę. Nie przewidzisz takich rzeczy.


Dane wyjazdu:
97.75 km 20.00 km teren
04:31 h 21.64 km/h:
Maks. pr.:48.30 km/h
Temperatura:16.0
HR max:176 ( 89%)
HR avg:160 ( 81%)
Podjazdy:1041 m
Kalorie: 3043 kcal

Trele-srele-Chorzele, czyli się odkułam chyba [Mazovia, nie?]

Niedziela, 22 kwietnia 2012 · dodano: 24.04.2012 | Komentarze 21

Nie będzie to relacja roku, bo nie mam flow, złapałam gila, łamie mnie, kicham, smarkam, przez co wena jest dokładnie w dupie, jeśli nie na grzybach.

No nie chce mi się tworzyć jakiegoś arcydzieła.

Poza tym w robo mam zapierdol i tłukę po trzy teksty dziennie, czym wypalam się artystycznie i twórczo, i przez co niniejszym mi się kapkie odechciewa.

Jednakowoż.

Wpisa się sieknie, skoro wróciłam ZA DNIA do domu, co w moim przypadku jest równie dziwne, jak żyrafa robiąca se trwałą u Jagi Hupało.

Do Chorzeli zabrali mą zacną KONKURENCYJNĄ wszak dupę APS-owcy, w osobach Możana, Kristobala oraz CozmoBike’owego Arka.

Jaka to była naszpikowana złośliwościami oraz wielce sprośnymi opowiastkami podróż, to klękajcie ludy! Wszelkich cytatów użyję później jako ewentualnych haków. Jakby co;)

Zaś przyznam, że zupełnie dziwnie jest się na miejscu ponad godzinę przed czasem.

Równie zupełnie dziwnie jest niemal nie mieć niemal prawie żadnego zdjęcia z maratonu. Zabrakło mojego nadwornego fotografa, Pijącego_mleko oraz Niewe, który w Otwocku próbował Jackowi tęże funkcję podebrać, a który w sobotę napierał z chłopakami (Gorem, Radziem i Dżankiem) Harpagana.

No mam dosłownie dwa zdjęcia. Granda.
Czyli jeszcze nie jestem wystarczającą gwiaz…WRRRÓĆ!… Czyli, że jeszcze się ćwoki na mnie nie poznali, o!


Ale. Przed startem pojechałam pokręcić rozgrzeweczkę, a raczej zasadniczo to przejażdżkę, do której dołączyła ERBAJKOWA Dżołana oraz Roberto. To se wykręcilim w ten sposób prawie 15 kilo. A potem wleźlim w sektory. Ja do czwartego, a nie jak to wyliczono chwilę po Otwocku, do szóstego (Zamana najpewniej wysłuchał żali gigowców, którym ratingi pospadały poprzez liczenie względem zawodowców). Czwarty sektor SOUNDS GOOD.

W tymże samym sektorze spotkałam Zetinho (pojechał – ja jebię – Fita, co się odpowiednio rymuje z pewnym określeniem. Mogę ochoczo podpowiedzieć, z jakim – CIOTA), obok mnie stał również serav oraz Marek, który w tym roku też jeździ na dystansie WIADOMO JAKIM. Podogryzaliśmy sobie kontrolnie i z całą należną temu sympatią, aż usłyszelim Jurkowe STAAAAAART!

Jak ja kuźwa lubię, jak pierwsze kilometry lecą po asfalcie. Wszyscy mi wtedy uchodzą, sektor mi spierdala i jestem w dupie.

Dokładnie jedno z dwóch zdjęć, które mam z tego maratonu:D © CheEvara


I tak też było tym razem, zanim wjechalim w szutry i tereny, sektor spierdolił mi na płaskim i gładkim.
Ale w terenie to jednak ja się nie fircolę. Do czterdziestego kilometra w lasach zapierdalało mi się miodnie, wyprzedzałam bez ceregieli, tym razem udawało mi się to też na zjazdach (jednak te nieszczęsne młócenia moimi szkitami na treningach mają JAKIŚ sens;)), na podjazdach nie wymiękałam, chyba, że jakieś techniczne CIOTY (o tym zrobię dopisek w ramach podsumowania na końcu noty) złaziły centralnie przede mną z roweru, bo im koło zabuksowało w lekkim piasku.

Zasadniczo byłam z siebie kontenta.

A potem mi się osłabło. Giry mi zamuliły, prędkość mi spadła i trochę nie wiedziałam, co jest grane. Raczej nie było to zagłodzenie, bo zdążyłam przed tym wciągnąć żela. Może za późno, bo dotarłam do odcięcia i zanim ta ohydna pulpa mi się wchłonęła, siły mi się skończyły. Masakra. Szybko minęło, ale wydaje mnię się, że w ten sposób straciłam dobre pięć minut.

A potem już krzepa powróciła i przed rozjazdem dystansów dogoniłam trzeci sektor, a konkretnie i Wierzbę, i Tomcia, który cierpiał, biedny, z powodu skurczy.

Na giga, na drugiej pętli jechało mi się nieźle, choć zasadniczo nogi mnie paliły. I wkurwiało kilka osób. Raz – jakiś dzieciak w spodenkach Krossa, który tasował się ze mną – ja mu wkładałam w terenie, on mi na płaskich szutrach. I zajeżdżał mi drogę, jak ostatni cep. Dwa – jakiś starszawy pan na Specu Epiku, w białych podkolanówkach (niezła STYLÓWA, jakby powiedział to Roberto:D), który ścinał zakręty, bo nie mógł zdzierżyć, że jakiś żeński karakan go wyprzedza w terenie.

Pytanie moje jest takie: czy ty się człowieku ścigasz ze mną? Czy raczej mi zwyczajnie KURWA MAĆ przeszkadzasz? I chcesz, aby ci spuszczono przysłowiowy wpierdol po krzakach?

Ostatnie dwadzieścia kilo przejechałam z zapoznanym na trasie Sławkiem z SKK Bank Teamu, z którym sobie pomagaliśmy. Albo on dawał koło, albo ja, acz ku mojemu niepocieszeniu nie utrzymał go na ostatnich kilometrach, gdy ja wykurwiłam do przodu. A wykurwiłam, bo strasznie mi się już chciało piwa.

Na metę wbiłam z czasem 3:54. Czyli szału specjalnego nie ma. Gdyby nie to odcięcie w połowie maratonu, może byłabym o pięć, siedem minut szybciej.

Czekali na mnie i Erbajkowcy i Możanuńciu z Kristobalem oraz Arkiem z Cozmo. Nie mogę nie wspomnieć o drugim Arku, panie Prezesie APS-owym, który zawiaduje cateringiem i który posłuchał Niewego oraz moich rad w Piasecznie o schłodzeniu Kasztelańskiego (w sumie radą tego bym nie nazwała, bardziej groźbą:D) i wielce profesjonalnie zimnym piwkiem mnie zwyczajnie poczęstował. Kuoooocham to:).

Zasiadłam z paszą i NEKTAREM na trawce, a Arek z Cozmo pojechał na moim Specu sprawdzić wyniki. Pojechał to za dużo powiedziane. On się zwyczajnie nabijał, imitując na moim rowerze wyścig PUKY RACE. No świnia, no:).

Długo jednak nie wracał, więc ja polazłam najpierw do szczalni, potem do biura zawodów, zasięgnąć języka. Po prawdzie to na trasie totalnie nie wiedziałam, z kim i czy w ogóle się ścigam. A tu się dowiedziałam.

Byłam druga, dłuuugo za dziewczyną z Krossa (ale nie TĄ, moją ulubienicą). Trochę mnie wkurw szczelił.

Generalnie trochę bardzo. Na tyle, że jak zaczęła się DEKORANCJA, to trochę zwlekałam z dotarciem na nią. I nie dotarłam. Choć ruszyłam, ale w drodze se pomyślałam JEBAĆ TO.

Chyba mi się w dupie przewraca, że drugie miejsce mi niesmaczne:D

Dlatego też z fotami kiepsko stoję.


W sumie jestem ZADOWOLNIONA, bo zrobiłam to giga, co nie udało mi się w tamtym roku. Wielce cieszyło mnie permanentne wyprzedzanie i poskramianie chęci na chowanie się w jakimś pociągu, do czego mnie zachęcali wyprzedzani faceci („schowaj się, po co się męczysz”). Nie chciałam się snuć razem z nimi i robiłam swoje.

Na koniec trochę się poprzypierdalam. Czy nie jest tak, że w sektorach trzecim i czwartym znajdują się osoby, których nie powinno tam być? Jeśli na byle podjeździe noga im nie podaje, albo se nie radzą po prostu technicznie, to co robią w wysokich sektorach? Piję do tego, że można nie startować w Otwocku, który – przyjęło się – powinno się zaliczyć, żeby sektor sobie utrzymać, a i tak ludzie piszą do organizatora i ten na zasadzie bliżej nieznanego mi kredytu zaufania przesuwa ich tam gdzie chcą. Chcą do trzeciego? Proszę bardzo.

No przepraszam, kurwa najmocniej.

Po chuj zatem ludziom mącić we łbach o tym, że bez Otwocka spadną do jedenastego? Wiem, że chodzi o sukces komercyjny i jakiś sposób na zmuszenie ludzi do przyjazdu na pierwszyu maraton, ale litości.

A jeśli ja tych ludzi doganiam, to co to oznacza?

Że tak zacytuję puchatego: TYLE PYTAŃ SIĘ NASUWA.

Zanim wróciłam do domu i spojrzałam dokładnie w wyniki i międzyczasy, wkurw mnie huśtał o zwyciężczynię z giga. W cyklopedii miała sektor TEORETYCZNIE jedenasty. Jakbym się kurwa dowiedziała, że z racji uprzejmości orga wystartowała z pierwszego, to by mi żyłka srająca pękła na samym środku czoła i wypisałabym litanię gniewu suta Che na forum. Ale startowała z trzeciego i odsadziła mnie grubo. Przyznaję. I już się nie wkurwiam. Ponad dwadzieścia minut to JEST sporo.



A poza tym zastrzeżeń nie mam. Trasa była zajebista w cipkę, pagórki zacne, można było chwilami wkręcić se w piastę język. Jedno błocko na trasie stanowiło piękne urozmaicenie (ja na końcu wpadłam w nie po kostki, dzięki czemu skoszowałam na mecie skarpetki, bo nie łudziłam się, że odzyskam ich pierwotny biały kolor:D). Poza tym oznaczenia superanckie, Dębowa Góra tym razem została wzięta od dupy strony i robiła za zjazd (otaśmowany jak na XC), szkoda ino, że na pierwszej pętli płynne jej zrobienie uniemożliwiły mi niektóre cykory, które SCHODZIŁY z rowerów, zamiast pobalansować trochę i z głową poużywać hebli.
Ale na giga zjechałam już tam na możliwie pełnej kurwie. To było bajeranckie.


A nie, mam jeszcze jedno ALE. Mianowicie panów, którzy wiozą się na DAMSKIM kole i nie zamierzają dać zmian. Nie, że szczególnie wypatruję tego, bo i tak zasadniczo wyskakuję z pociągu i albo jadę obok, albo w ogóle jadę swoje. Teraz zaledwie raz udało mi się zrobić pociąg, ale jak po kilku minutach żaden z facetów nie ruszył zadu do przodu, wkurwiłam się i ich odsadziłam, co się za darmochę będą gapić na moją dupę.

Może i błąd, bo odsadzam ich, jadąc trochę w trupa, ale szczurzenie wkurwia mnie wybitnie.


Sprzętowo to zajechałam suport, który już w sumie na rozgrzewce pstrykał, a potem demotywująco SZCZELAŁ mi na całej trasie. System dętkowy sprawdził się, choć miałam wrażenie niedopompowanego koła. Zwłaszcza na asfalcie mnie trochę przysysało.

Najfajniejsze jednakowoż było to, że caaaaały maraton śmigało się w pełnym słońcu.


Zgłosiłam Wojciowi, co uważam, że muszę poprawić. Tak se myślę, że o ile na treningu dupą techniczną jestem, o tyle – jak dostaję spida wyścigowego – nie ma takiej rzeczy, której nie przejadę.


Poharatana łyda na nierównych zjazdach szarpała mnie niemiłosiernie.


P.S. Zaraz tu w komentarzach przylezą ci, których – właśnie se zdałam sprawę – pominęłam we wpisie:D. Taki cons na przykład;) Ciąg dalszy w komentach zatem :D


Dane wyjazdu:
94.75 km 16.32 km teren
04:02 h 23.49 km/h:
Maks. pr.:37.30 km/h
Temperatura:18.0
HR max:172 ( 87%)
HR avg:142 ( 72%)
Podjazdy:372 m
Kalorie: 2744 kcal

Krótko, bo długo

Sobota, 21 kwietnia 2012 · dodano: 21.04.2012 | Komentarze 14

Cuś nie mogę dojść.
Do stówki.
Zboczuchy.

Po raz trzeci w tym tygodniu zabrakło mię symboliczne parę kilo.

Wkurwiłam się na mój system bezdętkowy, zgodziłam się z moimi opadniętymi ręcami i zamiast wieźć koło ponownie do serwisu, rzuciłam w domu siarczystym bluzgiem i przesiadłam się na DENTKIE. Nie trzyma to tubelessowe chujostwo, to ja się prosić nie będę.

Trening strzeliłam na Centurionie, potem do Wojtka pojechałam TEŻ na Centurionie i BEZ koła na plecach, a na koniec, wieczorem zostałam se bohaterem w swoim serwisie i jebiąc się okrutnie, zmieniłam system z tubeless na z-tubą.

Plan jest taki, żeby się nie wydurniać i zamiast lajtować rower poprzez bezdętki, najpierw odchudzę własną dupę.

A w AirBike spotkałam mtbxc w cywilu, ale po wyścigu (na PolandBike’u), na którym to nawet cuś powalczył na tym swoim dziewczyńskim dystansie;)

No i pomimo tego, że mi dupę zmoczyło dziś przy okazji bezgłośnej burzy (tylko z błyskotkami), napiszę, że WRESZCIE POGODA BYŁA MISTRZOWSKA!

A teraz idę se wtłoczyć dożylnie paliwo rakietowe. Na czymś te Chorzele przejechać trza!