Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi CheEvara z miasteczka Warszawa. Mam przejechane 42260.55 kilometrów w tym 7064.97 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.79 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl
licznik odwiedzin blog

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy CheEvara.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w miesiącu

Wrzesień, 2011

Dystans całkowity:2045.72 km (w terenie 364.50 km; 17.82%)
Czas w ruchu:91:47
Średnia prędkość:22.29 km/h
Maksymalna prędkość:55.00 km/h
Suma podjazdów:1318 m
Maks. tętno maksymalne:189 (98 %)
Maks. tętno średnie:169 (88 %)
Suma kalorii:32743 kcal
Liczba aktywności:32
Średnio na aktywność:63.93 km i 2h 52m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
106.00 km 70.00 km teren
04:32 h 23.38 km/h:
Maks. pr.:54.50 km/h
Temperatura:25.0
HR max:183 ( 95%)
HR avg:169 ( 88%)
Podjazdy:276 m
Kalorie: 2388 kcal

Mazovia w eNDeeMie, czyli jak wygrałam, choć tak naprawdę przegrałam

Niedziela, 11 września 2011 · dodano: 16.09.2011 | Komentarze 38

Z wiadomo kim.

Bo właśnie tym oto startem spadłam w generalce na drugie miejsce.

Czy jestem wkurwiona? Więcej. JESTEM PRZEWKURWIONA.

Oczywiście musiałabym zająć miejsce Agi Zych, by utrzymać po Nju Dworze pierwyj plejs w klasyfikacji generalnej. Oczywiście nie mogłam nie wystartować, bo gdyż wiadomo, jest to naczural i do tego ekolodżi.


[Jak ktoś mi tu wejdzie i zacznie narzekać na spolszczenia, dostanie kopa w dupę. Tak. Bo jestem wkurwiona]



No ale. Starym dobrym CheEvarowym zwyczajem zrobię – bo wiem, że tego chcecie wszyscy, a tylko nieliczni z Was potrafią się do tego przyznać – zajebisty wpis. No bo w sumie ten dzień był zajebisty.


A zaczęło się od tego, że raniuśko przyjechał po mnie Maj Lawli Dyrektor Arek. Przed samym eNDeeMem zrobiliśmy przystanek Kawa, po czym już w NDMie brzydko zaparczyliśmy samochód.

Wzorem najlepszych i najbardziej znamienitych kolarzy olałam rozgrzewkę przed dystansem giga i dałam jedynie namówić się Pawłowi mtbxc na najwolniejszą z powolnych tempówkę. Po chwili dołączył do nas Maj Lawli Dyrektor i jęliśmy poszukiwać innego mojego APS-owego ulubieńca, Mozana Mojego Lawli też, którego córa miała zadebiutować na hobby, a padre na ficie. Niestety zamiast na Mozana, natknęliśmy się na Niewe, który wyłowił mnie z tłumu po moim debilnym śmiechu, któren to został wywołany komplementem „O, właścicielka najpiękniejszego bloga”. Niestety, umknęła mi ksywa tego, który mię ten komplimient zasunął, zaktywizuj się tu, plis, ale już!:)

Przybiliśmy sobie z Niewe żółwika, skrzyknęliśmy się gdzieś ponad (co w moim wykonaniu jest lekutko utrudnione) dziesiątkami kasków z Goro, gdy wtem dopadł mnie Obcy17 w cywilu i z dziecięciem swoim i wreszcie ujawnił się jako mój wielbiciel i fan, co pięknie udowadnia ilość zrobionych mi przez niego fot. Myślę, że młody Obcy też mnie polubił:D

Jak zwykle jestem głośna:D i zwracam na siebie uwagę:D © CheEvara



Chwilę po tym, jak przybiłam żółwika z greqiem, na chama wtłoczyłam się do sektora. Skąd się kuźwa zrobiły w nich takie tłumy, to nie wiem.

Wystartowałam źle.

Żle wystartowałam i Prezesa zgubiłam:/ © CheEvara


Ale jakby w nagrodę dziś znalazłam takie zdjęcie, które strasznie mi się podoba: APSowi wyścigowcy: Kacper i Bartek:

Mieli jechać giga, pojechali mega :D © CheEvara


Drogą dygresji powiem, że oni obaj i Maj Lawli Dajrektor Arek przed startem rozważali pojechanie giga. Wszyscy trzej rozważali.

KONIEC KOŃCÓW WSZYSCY TRZEJ POJECHALI MEGA.
Logiczne:)

Ale zdjęcie też jest… MEGA, nie tylko przez te zajebiste kaski!:)


Wracając do tematu startu. Arek mi uciekł, zaś cała reszta sektora uciekła mi na wale, gdzie ci, którzy myśleli, że się sfrajerzyli, jadąc dołem i najeżdżając na łatę piachu, próbowali przebić się na górę, powodując wywrotkę.

No i gówno – wyrzekłam do Ani Klimczuk z KSAT. Pół minuty w dupę. Trzeba było gonić jeszcze bardziej i nadrabiać. Wiedziałam, że Olga tym razem startowała z trzeciego sektora. Wiedziałam, że wie, co robi, dzień wcześniej startowała w rzeszowskiej Skandii.

No i ja wiedziałam, że tym razem nie da mi kopa, wyprzedzając mnie. Że teraz ja muszę doganiać. Najpierw pewnie złapię Arka, potem muszę złapać Olgę.

Jak już zjechaliśmy z tego felernego wału, dogonił mnie Goro, który proponował mi koło, ale ja spiekłam się na starcie i tyle go widziano. Inny mój ulubieniec, theli też próbował wyprzedzić mnie, nie wiem, czy z sukcesem, czy nie, już mi się to wszystko jebie;).

Ale jak już uspokoiłam tętno, to noga zaczęła kręcić z – chciałoby się powiedzieć – głową. I zaczęłam nakurwiać. Z lekkim zdziwieniem patrzyłam to na licznik, to na pulsometr.

NIEŹLE JEST! – sobie rozważałam. Tym bardziej, że wiedziałam, iż skarżyska forma sobie poszła, zostawiła po sobie może 2/3 siebie, dodatkowo jechałam tylko na śniadaniu, kawie i nie tknęłam ani jednego żela. Co jest dziwne, bo zwykle na maratonie jestem głodna co pieprzone pół godziny. I muszę przetransportować zawartość tubki do swojego otworu giembowego, a w konsekwencji niżej.
A tu nic. Zatem taka nawet i podładowana swoją dyspozycją wyprzedzałam niemiłosiernie i bez litości każdego, kogo widziałam przed sobą. Wielokrotnie na podjazdjach:).


No to atakujemy;) © CheEvara



Szlag mnie trafiał na trasie, bo megowcy robili TĘ SAMĄ pętlę dwa razy (mocno pokrywającą się z trasą legionowskiej Mazovii), a gigowcy trzy... Naprawdę nie da się tam inaczej wytyczyć drogi?? Serio? Naprawdę nie można tego NIE POWTÓRZYĆ?

Tak czy siak. Wiedząc już, jaki podjazd gdzie mnie czeka, zapierniczałam jak wściekła. Na chwilę przed rozjazdem mega z giga dojechałam Zetinho, który – jak czytam u niego – zadowolony z siebie jest. Zatem i ja powinnam z siebie zadowolona być.

Rozpoczęłam więc trzecią do porzygania pętelkę.

I tu czekał na mnie Marek, tak zwany Sajmon, do którego przez dłuuuuugi czas chodziłam na spinning. Na jednym z podjazdów podbiegł do mnie i, dopingując, wepchnął na górkę z krzykiem: „Przed tobą jest Krossówka, dosłownie 30 sekund, goń ją!”.

TRZYDZIEŚCI SEKUND??

To zapierdalam!

Co też uczyniłam. DOJSZŁAM ją zaraz, przywitałam się, bo ja jestem z tych miłych i zapytałam jak wczorajsza Skandia. Zrobiłam to w tak zwanym biegu, czy też locie, konsekwentnie klatka po klatce Olgę objeżdżając. Odpowiedź też złapałam w biegu, jak i informację wykrzyczaną mi już z tyłu:

„NA MAZOVII MI NIE ZALEŻY!”


Nie, kurwa, w ogóle ci nie zależy – se pomyślałam, ale odkrzyknęłam „Daj spokój, walcz!” (choć na ryj mój pyskaty i wredny cisnęło się „PRZESTAŃ PIERDOLIĆ, walcz!”). Zostawiłam ją z tyłu.

Dostałam spida.

Za chwilę też dogoniłam Gora, którego też zostawiłam z tyłu.

Spida dostałam jeszcze większego.

W sumie na metę wjechałam zajebiście zadowolona:

Wyprzedziłam, to i się cieszę:) © CheEvara



Tu czekał na mnie uchachany Radek, którego strategia wymyślona w Skarżysku, kiedy to dostał ode mnie w dupę pół godziny, najwidoczniej się powiodła. A brzmiała:

WIĘCEJ TRENINGÓW! ALKOHOLU TYLE SAMO… ALE WIĘCEJ TRENINGÓW!

Tyle, że złociutki mój serdelku, tu startowałeś z sektora trzeciego (ja z czwartego) i dałeś radę ujechać mi tylko na minut 8. A w Skarżysku startowaliśmy, PYSIACZKU z sektora tego samego i trzydzieści minut dostałeś.

Niemniej jednak Radziu był z siebie zadowolony, i w tym zadowoleniu asystował Beniowi, który cykał foty (ta moja z mety jest właśnie przez niego ustrzelona).

I z tego oto towarzystwa wyrwał mnie mój Giga Prezes, który jednak pojechał mega, dołączył do nas Jarek i Janusz (z tymi panami w tamtym roku zjechałam rowerowo Mazurki, a ten drugi pan to jest właśnie ten Janek z obdartym fizysem i wielkim nadgarstkiem:)) i jęliśmy wymieniać się sympatycznymi złośliwościami. Od Janka dostałam zimniutkie piwko (kooooooocham Cięęęęęęę!!:)), od Jarka garść szpilek. I za te pewnie szpilki został wcześniej ukarany złamanym na trasie (ale nie maratonu, bo nie startował) hakiem przerzutki.

Jednak jest sprawiedliwość;).

Potem jeszcze podbryknęła do mnie reportereczka nowodworskiej tefau – wiadomo, od razu poznają się, who is who, ewentuanie hujishuj i ja tutaj:

I jeszcze ZDANŻAM udzielić wywiadu;) © CheEvara


ściemniam, że nie mam żadnego planu treningowego, że TAK O se tylko jeżdżę;)

Tu udzielam tego wywiadu od przodu, bo to, jak wiadomo, można różnie:D © CheEvara



Ponieważ na metę zjechał już Jerzy, przybył też Goro, chwilę przed nim Olga, której przecież nie zależy na Mazovii, albo po prostu posłuchała się mojego „Nie pierdol, walcz”, ale ciągle jeszcze nie było widać Niewe, polazłam a Arkiem, Jankiem i Jarkiem tam, gdzie miał miejsce start i cała imprezka.

I naprawdę NIE WIEM, JAK TO NIEWE ZROBIŁ, ale dobił do mnie i reszty DOKŁADNIE WTEDY, kiedy kupowałam piwko:)

Potem już zrobiło się mocno towarzysko. Wreszcie napiłam się piwka z mtbxc, poznałam jego lepszą i ładniejszą połówkę, przyjęłam gratulejszeny od Wojtka Marcjoniaka z AirBike i w ogóle zrobiło się wesoło:

czekanie na dekorację
No i niestety... CAŁA KUŹWA MAĆ JA! :) © CheEvara



Niektórzy naprawiali, co zepsuli:

Jarek czekał aktywnie;) © CheEvara


No, ogólnie miało miejsce wielkie ochlejstwo w akompaniamencie dźwięków przeróżnych – można było nabawić się turbulencji wdupnych słuchając miksu Metalliki („Enter Sandman”) z Urszulą i jej „Konikiem na biegunach” zagranym chwilę później.
Jakby pod to konto nasza wielka ekipa oczywiście robiła wielką bardachę.

Dekorowanie się przedłużało i przedłużało, co oczywiście niosło za sobą większe spożycie i dzięki temu na pudełko wskoczyłam sobie w jeszcze lepszym humorze niż przyjechałam na metę. Tylko poczucie równowagi mi się kapinkę zaczęło psuć:)

No i jest drugie miejsce. Wnikliwi zauważą zaś, czego na tym zdjęciu NIE MA:) © CheEvara


Zaś Olga – gdy podbiegłam jej pogratulować – nie omieszkała mnie poinformować poważnym tonem, że W OGÓLE MNIE NIE GONIŁA.
Ani trochę.
POWAŻKA. Na pewno by mnie nie wkręcała.


Do chat wróciliśmy na kołach – mua, Radek, Goro i Niewe, zapieprzając dość równym tempem (do pewnego czasu, bo niektórzy poczuli się lekutko kiepsko i potrzebowali przystanku w Roztoce na pewien powracający do życia, reanimacyjny trunek). Mnie chwilę wcześniej próbował uszkodzić jakiś chuj w blachosmrodzie, usiłując wepchać się między mnie, a wysepkę, skutkiem czego wyjebałam 10-metrowego szlifa na krawężniku z prawej strony.

Strasznie żałuję, że nie wysprzęgliłam kutafonowi w ryj, tak jak kiedyś takiemu jednemu, który mnie ustrzelił swoją puszką i który trafił na policję z profesjonalną pizdą pod okiem ufundowaną przez Che. Bardzo żałuję.


No i jakeśmy posilili się w Roztoce, uciekliśmy w teren w stronę następnego pit-stopu, już u Niewe, gdzie posililiśmy się znów, by siłę na daley zachować.

Dzięki tej trasce pękła tego dnia stówka.

Już nie zliczam tych wszystkich kaemów z rozgrzewek, rozjazdów, dojazdów pod prysznic, czy na myjkę. Choć wiem, że niektórzy tak robią:D


No i o. Wszystko fajnie, piwo, wódka, dżez babariba, ale nazajutrz, dostałam wkurwa i piany, gdym zobaczyła mój spadek w generalce.


Ale wiecie, co? Wszystko to jest kija warte. Wszystko. Jak się zobaczy coś takiego:


Cuś takiego mnie urzeka:) © CheEvara


Pani jest niewidoma, a pan i tak zabrał panią na maraton. Inny NADzawodnik, jaki mi przemknął gdzieś w miasteczku zawodów to był chłopak z amputowanym przedramieniem.

To czym ja się kurwa przejmuję? Że nagrody w postaci lampek rowerowych za pierwsze miesce w generalce nie dostanę?


Dane wyjazdu:
47.50 km 38.00 km teren
02:16 h 20.96 km/h:
Maks. pr.:36.00 km/h
Temperatura:24.0
HR max:165 ( 85%)
HR avg:123 ( 64%)
Podjazdy: 31 m
Kalorie: 849 kcal

Takie dwie soboty, a przecież jedna - część wtaraja

Sobota, 10 września 2011 · dodano: 13.09.2011 | Komentarze 6

Dla odmiany rzucił mnie przedstartowy nerw, którego jakoś ostatnio długo nie miałam. Na nerw taki tylko wóda/piwo/rower. A że pierwszego nie znoszę, drugiego nie mogłam, trzecie jak najbardziej mogłam i chciałam, ustawiłam się z Masłowirem i se pojechaliśmy na fullach nad Zegrze. Wcześniej zdążyłam ochędożyć startówkę, którą wieczorem już tylko czekało pierdzenie dooponkowe i smarowanie łańcucha (nieco bardziej skomplikowaną metodą, niż czyni to Niewe) i jak tylko dostałam sesesmana od Masłowira, pojechalim se.

A że historia lubi się powtarzać, spotkaliśmy – jak przy okazji poprzedniego tripu – Janka. Było to o tyle dziwne, że tym razem nie jechaliśmy wzdłuż Kanałku, a przez Płudy i to właśnie tam, na stacji kolejowej Janek do nas dołączył. Dodam, że Janek z obdrapanym fizysem, bo zaliczył gdzieś szlifa. Dodam, że Janek z bombą zamiast nadgarstka. Po tymże szlifie.

I oważ bomba zamiast nadgarstka niby miała powstrzymać Janka przed towarzyszeniem mnię i Masłowirowi w wyprawie na barkę nadzegrzyńską. Bo jazda terenem, gdzie kierownica obtłukuje RUKĘ, ponoć średnio przyjemna.

I tak – ZUPEŁNIE NIEZGODNIE Z POWYŻSZYM – dojechaliśmy w trójkę do Nieporętu:D Tak, terenem. Tak, Janek też. Z tym jego wielkim nadgarstkiem.Tak.

No OK:)
Tam, gdzie jednak kanałek się urywa i trzeba wbijać na nieporęckie rondo, Janek nas zostawił i sobie ze Słavciem pojechaliśmy na barkę. Tam uczyniliśmy krótki popój (do niczego się nie przyznam, do niczego!:)) i zrobiliśmy powrotną nadkanałkową pęteleczkę.


Mogłam się jeszcze z 10 kilomajtrów poszlajać, by mi ogólnie stówencja dnia tegoż wyszła. Postanowiłam być jednak być ciotą i nie dokręcać:)

Dane wyjazdu:
46.80 km 32.50 km teren
02:07 h 22.11 km/h:
Maks. pr.:47.60 km/h
Temperatura:26.0
HR max:174 ( 90%)
HR avg:135 ( 70%)
Podjazdy: 97 m
Kalorie: 869 kcal

Takie dwie soboty, a przecież jedna

Sobota, 10 września 2011 · dodano: 13.09.2011 | Komentarze 5

No to po pierwsze. Miałam się zebrać na centrancję na Dereniową, ale jakoś nie ułożyły mi się wszystkie płyty, nie zwarły się one, nie scaliło mi się w jedno nic, żadne ogniwko.

No ale na rower se wyszłam. Na ten sam, którego koła powinny pójść pod centrancję. Dupy mi nie zrzuciło, czyli aż tak nie wierzga. Znakiem tego, jeszcze JAKOŚ przejadę maraton w Nowem Dworze.

A że jeszcze w międzyczasie okazało się, że popołudniem jadę ze Słavkiem z AirBike nad Zegrze, to tym bardziej stwierdziłam, że centrancję odkładam na do kiedyś tam.

Zrealizowawszy się towarzysko w Centrum Biegowym Ergo, dałam się namówić Arkowi APS-owemu na malutki trening, choć szczerze mówiąc, bardziej chciałam zobaczyć na żywo jego zpimpowany rower:). Bo proszę ja Was, Arek zamienił swojego bajsikla na prawdziwie teamową rakietę. No i co ja mogę powiedzieć, przeserwisowana przez APS-owego Bartka la bicicleta zapierdala jak zła. Na standardowej już naszej pętelce terenowej dołomiankowej Arek pocisnął nieco, a ja... A ja, pilnowałam tętna :D

No i dzień bez spotkania tępych chujów najwidoczniej byłby dniem straconym. Mało brakowało, a pewnie zobaczyłabym Arka: a) bijącego się, b) rozjeżdżającego z premedytacją psa, c) robiącego te dwie rzeczy odwrotnie. Lub naraz.

Dane wyjazdu:
80.65 km 0.00 km teren
03:16 h 24.69 km/h:
Maks. pr.:46.60 km/h
Temperatura:24.0
HR max:165 ( 85%)
HR avg:130 ( 67%)
Podjazdy: 35 m
Kalorie: 1554 kcal

Sama nie wiem

Piątek, 9 września 2011 · dodano: 12.09.2011 | Komentarze 6

Ja nie wiem, naprawdę nie wiem, no gdyby nie ja i moje poranne nakurwianie do kabackiego AB po adaptery do piast znów dla Takiego Jednego, to Niewe do dupy by w niedzielę se mógł pojechać, a nie na maraton.

Co ja kurwa ostatnio taka uczynna jestem?



:D

Dane wyjazdu:
70.80 km 0.00 km teren
02:50 h 24.99 km/h:
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max:167 ( 86%)
HR avg:130 ( 67%)
Podjazdy: 33 m
Kalorie: 1210 kcal

I co, i co, i co?

Czwartek, 8 września 2011 · dodano: 12.09.2011 | Komentarze 18

No i co, no i co? Ocielił się jakiś choć jeden lodowiec? Zmniejszyła się liczba plam na księżycu? Zaprzestano wreszcie używać spulchniaczy do produkcji pieczywa? No nie wiem, zadziało się coś, cokolwiek, aby uczcić wejście w dorosłość Takiego Jednego Niewe?

Jakbyście coś zauważyli, dajcie znać.

Bo ja na przykład zauważyłam tylko to, że wieczorami to jakby trochę po klinie na rajstropach wieje. Ale to chyba niezwiązane jakby z tematem przewodnim.

Zauważyłam też, że cyklistów jakby mniej. To mnie nawet cieszy. Szkoda tylko, że nie idzie to w parze z polepszającą się pogodą. Nienawidzę jesieni i zimy też nie.
Lubienie zimy i jesieni jest ciotowate - mors, dopisz to sobie do listy:P

Dupa zmokła mi pod samym kuźwa domem.

Dane wyjazdu:
66.40 km 0.00 km teren
02:34 h 25.87 km/h:
Maks. pr.:48.00 km/h
Temperatura:18.0
HR max:174 ( 90%)
HR avg:138 ( 71%)
Podjazdy: 41 m
Kalorie: 1064 kcal

Urodziny Niewe dziś posiada, więc życzenia mu składać!

Środa, 7 września 2011 · dodano: 08.09.2011 | Komentarze 10

Dziś, czyli w dniu opublikowania wpisu, a nie wczoraj, którego to wczoraj wpis dotyczy! Czyli dnia ósmego września. Zapamiętać!
Jeśli dobrze liczę, to Niewe kończy dziś osiemnaś..., NIE! Dziewiętnaście lat, więc może już pić, palić, oglądać sprośne pisemka i czytać NA LEGALU CheEvarowy blog!:)

A ponieważ Niewe jest zajebisty, datę jego zajebistych urodzin ogłaszam tu, na zajebistym blogasku!:)

Sto lat i więcej jazdy!
:D
Bo wczoraj w wigilię urodzin Niewe tośmy się nie najeździli. Staje się to nową świecką tradycją. Niby ustawiają się na rower, stówka miała pęknąć, a tu pękło. 10 piw. Kuźwa!

No bo tak. Ja se po pracy poszłam do kina. Niewe wyrywał w tym czasie Izkę i tak wyrywał, że 10 minut po tym, jak umówił się z Dżankiem, zapomniał o tym, że umówił się z Dżankiem. Tym samym, nie innym!

Wszystko jednak skończyło się dobrze, bo mnie film się podobał, potem znalazłam Niewe, jak bajerował Izkę na Moczydle (czy też na innych moczarach), tam zapadła gremialna, komisyjno-kolektywna decyzja o tym, że idziemy pić, bo może padać, no i tam JAKIMŚ CUDEM znalazł nas Dżanek. Dżanek, który był niezwykle rozkoszny w swym uradowaniu i napawaniem się wolnością i możliwością pojeżdżenia na rowerze.

Tak pojeździł, że mieszkając na Bemowie, przybył na Moczydło, i potem – gdy wszystkich (poza mną) dopadła pijacka gastrofaza – przemieścił się do Maka na skrzyżowanie Górczewskiej z Lazurową. Myślę, że z 10 kilometrów trzasnął;).

Szaleństwo.

Z mojej czwartej w tym tygodniu stówki wyszła cała kupa.

Ale strasznie brakowało mi Gora, który zawsze przy okazji takich ustawek, kiedy żremy/pijemy zamiast jeździć, narzeka, że znowu żremy/pijemy zamiast jeździć i narzeka na to dokładnie w tym samym momencie, kiedy żre/pije zamiast jeździć. Tęsknię za Tobą, Goro!:)

Dane wyjazdu:
109.30 km 0.00 km teren
04:20 h 25.22 km/h:
Maks. pr.:49.60 km/h
Temperatura:21.0
HR max:189 ( 98%)
HR avg:165 ( 85%)
Podjazdy: 46 m
Kalorie: 1609 kcal

Czecia. Stówka. W tym tygodniu:)

Wtorek, 6 września 2011 · dodano: 07.09.2011 | Komentarze 14

Wszystko dzięki Panu Dyrektoru Arku, który – aby umówić się ze mną na nocny rower – wysłał mi popołudniową porą miłosny list motywacyjny. Taki, że nie mogłam, nie umiałam, a nawet NIE KCIAŁAM odmówić. MISZCZOSTWO:)

Normalnie - bez tej nocnej jazdy - wyszłoby mi może kilometrów 60. Ale jest piękniej.

Znowu cwaniaczek pomykał na swojej szosie, dzięki czemu ja – nawet i na mojej wyścigówce - dostałam w dupsko. Acz tętno zachowałam niziutenieńkie. Co cieszy mnie. Co LUBIĘ TO.

Uroczo pomyka się nocą. Zwłaszcza wzdłuż Belwederskiej, gdzie na wysokości ogródków działkowych temperatura spadła z dziesięciu stopni do stopni może czterech. Zmarzły mi kuźwa paluchy, choć rękawiczken miałam długopalczasten.

Wszystko się kończy, zawija, zgina.

Atrakcją niewątpliwą wieczoru był pościg Arka za jakąś blond-dziewoją na szosie Peugeota (posiadała ZAJEBISTE nogi, NAPRAWDĘ). Pościg pod Belwederską zakończył się pomyślnie dla drużyny APS. Znaczy się, dla prezesa drużyny APS, bo ja wolałam pozostać w roli widza i patrzeć na to od tyłu. I ryć ze śmiechu.


A poranny dojazd do pracy strasznie mnie jakoś raduje. Te korki na Wisłostradzie, wzdłuż której jadę. Te ślimaki na Puławskiej. No nic na to nie poradzę, że strasznie mnie to raduje! Czy jadę o ósmej, czy jadę na dziesiątą... Wszystko stoi, Czerniakowska, Dolinka Służewiecka, Wałbrzyska. Na własne życzenie i za własne PIENIĄSE.


Uznałabym ten dzień za piękny w pełni, ale nie uznam, gdyż nie zjadłam ani jednego Monte. Wszystkie trzy sklepy, którem odwiedziła i które nie miały Monte, już zostały zgłoszone jako obiekty do likwidacji. SKANDAL.


I to też jest skandal:

&feature=player_embedded#!

JAK MOŻNA tak zajebiście jeździć??

Dane wyjazdu:
104.51 km 0.00 km teren
04:44 h 22.08 km/h:
Maks. pr.:46.00 km/h
Temperatura:22.0
HR max:169 ( 88%)
HR avg:133 ( 69%)
Podjazdy: 37 m
Kalorie: 1917 kcal

Już kurna myślałam, żem w miarę ogarnięta z wpisami

Poniedziałek, 5 września 2011 · dodano: 06.09.2011 | Komentarze 20

A tu dupa! Dwa dni przedmazoviowe nieopisane! Kurka wodna i butelko z pętelką!
Ale tak. Jak już se leżą te dwa dni nieopisane, to niech se jeszcze poleżą. Z wrześniem muszę gonić, bo jakieś świeżaki mnie w statsach wycinają. A jak wiadomo – jestem tu dla lansu.

Tydzień zaczęłam se zacnie. Udało mi się wykręcić stówencję. I TO NA FULLU:). Rano kontrolna pętelka, sprawdzająca, czy lubię turlać się na fullu (w zasadzie wiem to, nie muszę tego sprawdzać, ale o czymś wpis muszę zrobić, nie?). No i tritcat kilometrów wejszło. Potem do pracy. No i dwatcat weszło. Z dżoba do Airbike na Dereniową, bo Taki Jeden zepsuł swoje koła, a dokładnie piasty i trzeba działać z nową zaplotką.

Dywersja jest taka, że Niewe dostanie jeszcze bardziej za*jebane piasty, żeby w NDM na Mazovii nie mógł mnie dojechać:D.

Potem ja sobie pojechałam do domu, zostawić plecak, zmienić galoty, bom ustawiła się na piwko we w Cudzie nad Wisłą z takim jednym, który Golonkę jeździ i teraz namawia mnie na duet w przyszłorocznym Transalpie. I na Golonkę też mnie zresztą namawia. Wstępnie jednakowoż wypiliśmy Kasztelańskie niepasteryzowane Z KIJA (świeżyzna!;)). I wszystko byłoby super, gdyby się nie rozpadało. Michał wracał na swojej pięknej szosce w burzę, ja w burzę na swoim pięknym fullu.

Przy Cmentarzu Bródnowskim dopadła mnie wielka litość, bo gdym jechała w stronę centrum, żeby z Michałem się spotkać, minęłam kolesia z sakwami, który przycupnął samotnie i smutno na ławeczce przystanku autobusowego. Zrazu se przypomniałam, jak sama w Hiszpanii też robiłam takie pitstopy, a to na notatki w kapowniku, a to na popas. Nie zauważyłam w jego ekwipunku oznak wyprawy rowerowej, sakwy miał raczej liche i symboliczne, ale jak wracałam w ten dyszcz i w tę burzę, to on siedział ciągle.

Zatrzymałam się przy nim. Mokra do samej gąbki w tych galotach. I robię z nim wywiad, czy potrzebuje czegoś, noclegu, przetrwać gdzieś. I co się okazuje? Koleś jest w pracy, przy użyciu iPada liczy samochody i teraz już czeka na kumpla, który ma go wybawić od pogody, czyli wody.

No cóż. Nie darowałabym sobie, gdybym się nie zatrzymała. W Hiszpanii tyle ludzi mi pomogło, że taka pozytywna energia musi się kręcić.

Dane wyjazdu:
103.80 km 36.00 km teren
05:26 h 19.10 km/h:
Maks. pr.:34.00 km/h
Temperatura:25.0
HR max:168 ( 87%)
HR avg:120 ( 62%)
Podjazdy: 27 m
Kalorie: 1608 kcal

Niektóre policjanty to się na niczem nie znają! O!

Niedziela, 4 września 2011 · dodano: 06.09.2011 | Komentarze 6

No bo przy tak zwanym Rondzie tak zwanego Starzyńskiego se biegnie dróżka rowerowa. Okala sobie ładnie to rondko, będąc zbudowaną z uroczej różowiutkiej kostki bauma. W pewnym jednak momencie trza z niej wypaść na przejścio-przejazd, czyli zamienić bezpieczną dróżkę na asfalt. By go przekroczyć. Jest to najchujowszy manewr, bo tam ośmiu MOŻE na dziesięciu kierowców blachosmrodów się zatrzyma, żeby pojeba rowerzystę przepuścić, niech se jedzie. No ale po radiowozie to spodziewam się (naiwnie) zachowania raczej pro.

NIC BARDZIEJ DEBILNIE NAIWNEGO, jak już nadmieniłam.

Prowadzony przez spasionego policyjnego Andżeja radiowóz zatrzymał się zderzakiem prawie na moim spd-zie. A z wnętrza samochodu i jednicześnie z wnętrza spasionego Andżejowego węcioła (bebzuna, brzychola, kałduna) dobyło się sapiące:
- NO CHYBA SIĘ PRZEPROWADZA ROWER PRZEZ PRZEJŚCIE, NIE??

A ja co? Niewiele myśląc, wrzasnęłam:
- A WŁAŚNIE ŻE NIE!

I usunąwszy się z asfaltu, sprzed radiowozu zatrzymałam się, znów na różowej kostce bauma, tyle, że po drugiej stronie nieprzyjaznego asfaltu. Zatrzymałam się, bo i Andżej chciał najwidoczniej porozmawiać.
Całą scenkę zepsuły dwa czynniki.
Siedząca obok niego Bożenka oraz Andżeja wielki brzuch zaklinowany pod kierownicą, który nie pozwolił Andżejowi SZYBKO wyleźć z fury, a widać było, że dążył do zwarcia. Bożenka powiedziała Andżejowi, że właśnie, że tu se można przejechać, a brzuch zaklinowany pod kierownicą Bożence przytaknął.

A ja co? Znowu niewiele myśląc, popukałam się w czoło. W sensie, że na zasadzie projekcji – bo choć popukałam się w moje własne czoło, to miałam na myśli Andżejowe karampukostwo i głupotę. A nie własne karampukostwo i własną głupotę.

Kocham niedzielne poranki, kiedy cały nasz katolicki naród jeszcze żuje opłatek zwany komunią i potem wylewa się na ulicę ze swoim postępowym, otwartym na świat myśleniem.

Oczywiście – dla własnej pewności objechałam chwilę później to rondo z perspektywy samochodu, bo może to ja interpretuję prawo pod siebie i to, co wydawało mi się przejazdem też, jest tylko przejściem i Andżej ma rację. Ale nieeeeeeee. Nie, bucu jeden ty!

Tam, bucu jeden ty, JEST przejazd dla tych pojebów rowerzystów. Mówią o tym znaki pionowe, mówią też poziome.

Taka nawet odrobinę podkurwiona pojechałam przed siebie, Dżagielońską w stronę Kanałku, bo przyszło mi do głowy, że odwiedzę se w Radzyminie Wiolkę. No i tak nie unosząc leniwie i wygodnicko dupy doturlałam się do Wajolety. Wajoleta przebrała się w odzież wierzchnio-trykotnią i razem ze mua powróciła do Warszawy. Do swojej hacjendy prywatnej. Kusiła mnie co prawda piwem, ale gdy wyrzekła slowo CARLSBERG, ja dostałam epilepsji i zaliczyłam mikrosekundowe przejście na drugą stronę mocy, po czym ODMÓWIŁAM.

Wtem zadzwonił Niewe, że ma plan.

Niewe, który ma plan jest tak przewidywalnym zjawiskiem jak ja, która odmawiam piwa.

Plan Niewe opierał się o Gora, który ścigał się tego dnia w Tłuszczu na Polandbike'u w swoich biskupich, teamowych fatałaszkach. Mieliśmy z tymże Gorem gdzieś się spotkać i se pojeździć.
Goro, na którego się czeka jest równie przewidywalny, co Niewe, który ma plan, który opiera się o Gora. I to o Gora w biskupim wydaniu.

Spotkałam się z Niewe na moście w Kobiałce i jęliśmy jechać, tym samym czekając na sygnał od Gora.

Czekanie, jadąc jest fajne, ale czekanie jedzac i pijąc jest nawet fajniejsze.
Tym samym znaleźliśmy się w Krogulcu przy Modlińskiej. Na żarciu i piciu.

Nie było tam Kasztelańskiego, ale Carlsberga też nie, więc śmiało można było pić.

Dużo piliśmy. No bo i długo ma Gora czekaliśmy. Niektórzy zdążyli nie tylko wypić dwa piwa, ale i wszamać dwa dania.

Nie patrzcie na mnie, ja wypiłam dwa, zjadłam raz.

Po udanej konsumpcji, acz z poczuciem niedosytu ruszyliśmy zadki. Było już ładnie po siedemnastej, a Gora wciąż nie było widać. Przypominam, że ścigał się w Tłuszczu. Oddalonym od Warszawy o 40 km.

Ale w końcu nadjechał. Z ekipą swoją. Ekipę tę rozparcelowaliśmy, zabierając Maćka (też ubranego w Ti-mołbajl, ale nie dla biszopów) i pojechaliśmy sobie na Bemowo. Już niemal tradycyjnie. Do Bemola. Na piwo. Napić się.

Znaczy się, chłopaki ŻŁOPALI, ja piłam (a raczej opijałam Niewego). Przy okazji tej świat po raz kolejny wydał się mały, bo nadjechał jakiś Fullista, dosiadł się do nas, a tu okazało się, że ja i on znamy tych samych ludzi, ten sam sklep rowerowy, tego samego właściciela tego sklepu.

Pierdnij, kuźwa, a będzie o tym wiedział nawet twój nienarodzony syn.


A potem już standardowo. Wypite, wstane i pojechane. Nuda:)

Dane wyjazdu:
79.54 km 0.00 km teren
04:08 h 19.24 km/h:
Maks. pr.:48.50 km/h
Temperatura:25.0
HR max:178 ( 92%)
HR avg:137 ( 71%)
Podjazdy:186 m
Kalorie: 1657 kcal

Takiego czaju na kaca potrzebywam ja:D

Sobota, 3 września 2011 · dodano: 05.09.2011 | Komentarze 16

Sobota rano, wychodzę od kumpli. Mecz oglądałam i to pewnie dlatego głowa mnie tak napiertyndalała. Logiczne, nie?

Chciałam umrzeć. Poprzez odrąbanie sobie głowy. Lub też poprzez obicie jej sobie o jakiś słup zwany filarem, tudzież podporą (Niewe, pomóż, czym jeszcze zwany?:D). Na szczęście jak tylko opuściłam blok, znalazłam sklep.

- Dzień dobry, ma pani małą Łomżę?
- Tak, tu, o widać, stoi.
- To pani mi poda.

I podała. Wyrwałam jej tego bączka z rąk, zrobiłam GŁUL, GŁUL, GŁUL, po tym zrobiłam Aaaaaaaaaaaaaa, stłumiłam beknięcie, rzekłam (tłumiąc beknięcie):

- ZIĘKUJĘ BARSO.

Zapłaciłam i ZDROWIUŚKA wyszłam.

Carlsberg to zło!

Krwa, wypiję i jedenaście Kasztelańskich niepasteryzowanych i na drugi dzień jestem królową baunsu i promyczkiem fitnessu.
Carlsbergów wypiłam 6 i chciałam umrzeć. Poprzez odrąbanie sobie głowy. Zresztą, jak wyżej.

Sobotę spędziłam JAK NIE JA.
W domu wypiłam jesazcze jedno piwo (to akurat bardzo jak ja:D), aby podtrzymać reanimacyjne właściwości małej Łomży, włączyłam telepatrzydło (jak nie ja), żeby Majkę obaczyć (ja i telewizja. JA. I TELEWIZJA!!), jak złapała gume, zaklęłam siarczyście (akurat bardzo jak ja) i pojechałam do mojej rzeźniczki dentystki. Wróciłam, tam Majka na pudle, czyli jest jakby okazja do trzeciego piwa...

ALE NIEEEEEEEE!~

Nie wypiłam. Zostawiłam se na-po-rowerze.
A na rower se pojechałam w stałe miejsca. Nawet znalazłam się w Powsinie i nie wiem, co ze mną się zadziało, że nie chciałam tam WYJĄTKOWO nikogo zabić.

No i koła ciągle do centrancji. Nie chce być kuźwa inaczej :D

I pod to konto, aby ta centracja się udała, wypiłam to na-po-rowerowe piwo.
Kategoria >50 km, trening