Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi CheEvara z miasteczka Warszawa. Mam przejechane 42260.55 kilometrów w tym 7064.97 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.79 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl
licznik odwiedzin blog

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy CheEvara.bikestats.pl

Archiwum bloga

Wpisy archiwalne w kategorii

całe goowno, a nie dystans;)

Dystans całkowity:10374.13 km (w terenie 1494.58 km; 14.41%)
Czas w ruchu:496:27
Średnia prędkość:20.84 km/h
Maksymalna prędkość:62.70 km/h
Suma podjazdów:22998 m
Maks. tętno maksymalne:189 (166 %)
Maks. tętno średnie:162 (138 %)
Suma kalorii:236662 kcal
Liczba aktywności:250
Średnio na aktywność:41.50 km i 1h 59m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
17.04 km 15.00 km teren
01:17 h 13.28 km/h:
Maks. pr.:24.80 km/h
Temperatura:-3.0
HR max:185 ( 94%)
HR avg:147 ( 75%)
Podjazdy: m
Kalorie: 474 kcal

Taka tradycja to jest coś ekstra:)

Wtorek, 1 stycznia 2013 · dodano: 11.01.2013 | Komentarze 7

Tako rzecze przynajmniej Niewe, który mówi, że rokrocznie stara się pierwszego stycznia tyłek wpakować na rower.

Do ostatniej jasnej (czyli ze światłem dziennym) chwili myślałam, że w tym roku ta tradycja obróci się w coś NAT KUL.

Rozumiecie, Szampan (piszę z dużej litery, bo raz, że to BYŁ szampan, ten prawdziwy, a poza tym to gruby przeciwnik, należy czuć respekt, o czym zresztą jedno z nas się o tym przekonało tego dnia. Nie ja – dodam dla ułatwienia;)).


Przyznam jednak, że tenże Niewe był wczoraj wielce zapobiegawczy, bo okolcował nasze rowery. „Żeby już okolcowane były”. Logiczne;).

Ja tego nie słyszałam, bo coś tam pitrasiłam w kuchni, ale próbując założyć kolcowaną oponę na moje obręcze, ten sam zapobiegawczy Niewe kurwił, ale TO TAK KURWIŁ, jakby oglądał na przykład Beatę Kempę.

A ja zwyczajnie zapomniałam go ostrzec (a dobrze pamiętałam, jak na moje koła kurwił – raczej tylko w myślach, bo nigdy nie słyszałam, jak przeklina – Wojciu w Baszowicach).

W konsekwencji zakolczyliśmy fulla (piszę ZAKOLCZYLIŚMY zupełnie jak ten woźnica, który drze ryj, że węgiel przywiózł. Ku niesmakowi konia drze ten ryj).

Udało się to wszystko na szczęście i dziś mogliśmy w teren wymknąć się na chwilę. Oblodzony teren.

Kolce się przydali. Choć jak zaczęliśmy trasę od łąk zaborowskich, to tam tylko spulchnialiśmy nimi glebę. Dopiero po wjeździe do lasu mogliśmy zupełnie zaznać przyjemności z jazdy po lodzie.

Było krótko (niestety), bo szybko nas egipskie ciemności wzięły w macki, ale było też fantastiko. Raz, że znowu pedałowaliśmy w jedynym słusznym zestawie osobowym, czyli TUGEZA, dwa, że naprawdę jazda po zlodowaceniach jest nasycona frajdą, trzy, że ja – choć zdychałam po takiej absencji – naprawdę miałam radochę z takiego kręcenia.

Zupełnie zgadzam się z tym, co napisał Niewe u siebie. Że nareszcie;)


Dane wyjazdu:
37.70 km 5.00 km teren
01:57 h 19.33 km/h:
Maks. pr.:31.90 km/h
Temperatura:
HR max:171 ( 87%)
HR avg:143 ( 72%)
Podjazdy: m
Kalorie: 944 kcal

Jeśli ktoś nie wierzy w koniec świata...

Czwartek, 13 grudnia 2012 · dodano: 10.01.2013 | Komentarze 5

To na pewno nie jestem ja.

Ja se mam swój prywatny koniec świata. Gdyż to, co teraz opisuję, jest drugim z trzech ISTOTNYCH DYSTANSOWO rowerowań w miesiącu grudniu.

Jakieś tam pomniejsze, międzywioskowe, dosklepowe pizdryki były, ale nie zabierałam wtedy Garmina i raz, że tego nie pamiętam, a dwa, że wpisu z pięciokilometrowym przebiegiem nie mam zamiaru robić;).

Zapadłam na zdrowiu i na mocy tego pedałować się nie dało.

I to właśnie Wojciu (maj lawli treneiro) skomentował to jako koniec świata („wcześniej nie dało się Ciebie zastopować, a teraz nie jeździsz. KONIEC ŚWIATA”;))


Ku Izabelinu i Hornówku ta wyprawa była


Dane wyjazdu:
24.18 km 20.00 km teren
01:21 h 17.91 km/h:
Maks. pr.:27.60 km/h
Temperatura:
HR max:169 ( 86%)
HR avg:141 ( 71%)
Podjazdy: m
Kalorie: 754 kcal

W Garminie nie byłam łaskawa

Poniedziałek, 10 grudnia 2012 · dodano: 10.01.2013 | Komentarze 0

I to łaskawa się odnieść, com ja pedałowała, a z mapy wynika tyle, że całe guano pamiętam. Ponadto było to miesiąc temu, zatem wiekopomnego wpisu nie robię;)

Co mną powodowało, że tam (ku Julinku) lasem wyruszyłam, zupełnie nie pomnę. Chyba usyfiłam rower wtedy.

Bardzo być mejbi;).

Foty mi wyszły takie, że zegarkiem z komunii Casio lepsze bym uczyniła. Ku przyzwoitości nie zamieszczam.


Dane wyjazdu:
31.16 km 25.00 km teren
02:01 h 15.45 km/h:
Maks. pr.:45.70 km/h
Temperatura:
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy:538 m
Kalorie: 1385 kcal

Wybyliśmy na Jurę, by sprawdzić, czy tam staniemy się jurni

Sobota, 24 listopada 2012 · dodano: 03.01.2013 | Komentarze 2

;)

Dłuuuugo nigdzie nie wyjeżdżaliśmy, uznaliśmy zatem, że należy.

A ja na dodatek musiałam nawiedzić Krakau.

Co jednakowoż szkodziło zabrać rowery?

Na trasie do Krakowa zrobiliśmy pitstop w Ogrodzieńcu:

Paczę i napawam się. Pacze za potęgo tego zamku! ©



żeby pokręcić kapinkę po terenie, pozłościć się na brak formy (ja), na ruchomy blok w bucie (ja) i na niezbyt wyregulowany napęd w swem nowem Specuchu (Niewe)

Na tyle nas to wszystko wpieniło, że aż trzeba było spocząć:

Życie jest pełne zadumy...;) ©



Po drodze wspięliśmy się też z buta na jakiś zamek, co było surowo zakazane, ale nas tak korciły rusztowania, że no weź i nie zwiedź!

Pierwszy krok Che dla zamkowości! ©


A w ogóle to umarłam kondycyjnie.

Jakie zdrowie, takie tętno.

I jaka róża, takie kiwi.



Dane wyjazdu:
27.61 km 25.00 km teren
01:36 h 17.26 km/h:
Maks. pr.:27.90 km/h
Temperatura:
HR max:169 ( 86%)
HR avg:140 ( 71%)
Podjazdy: m
Kalorie: 1374 kcal

Wracam, bo fajna jestem

Piątek, 23 listopada 2012 · dodano: 03.01.2013 | Komentarze 10

To jest niedyskutowalne oraz nie podlega nawet merytorycznemu podważeniu. Zdecydowałam, że jestem fajna i tak już zostanie.

;)

Ja wiem, że jest NJU JER już, ale ja mam ogon w starociach, który muszę przeciągnąć na nowość. Na TU TAŁZEND TERTIN.

Należałoby wszak.

Moim problemem jest to, że nie pamiętam pojeżdżawek bezgarminowych. Anim ich nie odnotowała gdzieś, ani nie wyróżniały jakoś szczególnie dystansem, żebym miała teraz o czym pisać. Wyjaję się zatem tylko co do tych, które udokumentowane mam jakoś. Na przykład w fotach czy serwisie Garmęna.

I tak se statystyk ubiegłorocznych już nie polepszę. Większej dupy rowerowej nie pamiętam. Skończyłam kiepsko i o, ale że to niefajne, skoncentruję się na tym, co fajne.

Czyli na sobie [huehuehuehueeeeeh].

Tak więc.

Ruszyłam dupę w teren, który mam pod nosem. Upewnić się, czy jestem kondycyjnym fajansem.

Upewniłam się, ale i tak było fajnie.

Bo wiecie, kto jest fajny;)

W każdym razie. Płuca mam jakieś takie bardziej liche, bo byle podjazd wywoływał u mnię zapaść, ale wreszciem pedaliła z dziecięcą frajdą.

Dziecięca frajda jest fajna:).

No to tak:

Będzie nie chronololo, ale wrzucam to jako pierwsze, bo lubię taki klimat © CheEvara



A taki lubię jeszcze bardziej. Bagna z powyławym.... powalonymi drzewami:) © CheEvara



Jestę rowerę, więc mam zakaz wstupu! © CheEvara



Takie tam bez Madonny i nie w Łomży:) © CheEvara



Ja i ten podjazd, czyli he & me loff loff:D © CheEvara



On tu był, ten mostek, rok temu? Ja nie wim tego mostku! © CheEvara



Zabieram lasu co lasowe © CheEvara



Stąd rok temu ruszyliśmy robić (jeździć!!!) po lodzie. Zaborowskim lodzie!:) © CheEvara



Po lodzie rok temu jeździliśmy tak.

Tytuły zdjęć zrozumiałe w pełni będą raczej tylko dla Niewe:).

No i o.

Powrotu na miarę spektakularnego KOMINGBEKU nie wieszczę. Bo wiem, jak będzie;)


Dane wyjazdu:
34.30 km 24.00 km teren
01:46 h 19.42 km/h:
Maks. pr.:31.20 km/h
Temperatura:2.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal

Wstydziłabym się

Wtorek, 20 listopada 2012 · dodano: 12.12.2012 | Komentarze 7

Gdyby mi zależało na tym, co lud pomyśli. Ale średnio zależy.

Napawam się tym, że nic nie muszę. Znaczy się dla Wojtka muszę, dla drużyny coś muszę, ale poza tym BŁOGO NIE.

Jest mi w perwersyjny sposób z tym dobrze. Jasne, że gorzej, że niepracowanie przypadło mi na okres zimy, gryp i niemocy, a nie latem, ale… książki czyta się wybornie.

Spełnia się dziejowe proroctwo, że mężczyzna na polowanie, a niewiasta czeka przy kaweczce i na przykład kolejnym Pratchetcie. Kto by się z tym kłócił?;)

Niemniej jednak. Choć mi się realnie nie chce, choć wpieniają mnie ciągle niedotarte hamulce, to sobie jednak na krótki (bo książka wciągająca) rowering. Tyle, co po krzakach. To tu (pod Domem Złym), to tam (nieco dalej).

Garmin został w domu, dystans z taczfonowego gy-py-sa.


Chyba bym się własnego tętna przestraszyła:)


Dane wyjazdu:
24.18 km 20.00 km teren
01:14 h 19.61 km/h:
Maks. pr.:26.40 km/h
Temperatura:3.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: kcal

Słyszycie, jak zwierają się płyty?

Piątek, 16 listopada 2012 · dodano: 11.12.2012 | Komentarze 9

Ja słyszę.

Bo ma pewno muszą się zwierać, gdyż Che nie jeździ, nie przemieszcza się, nie zażywa ZA WIELE aktywności.

Che żre antybiotyk i jej się średnio chce.

Tyle, co polezie z rowerem do lasu, ku Roztoce na przykład.

Słabując, klnąc na niemoc swą, ryjąc bezsilnie kołami w piachu, tak jakoś bez melodii.

Takiej NIEROWEROWEJ końcówki roku se nie wyobrażałam;)

W lesie błotniździe;)

Jazda bez Garmina jest dziwna;)


Dane wyjazdu:
23.14 km 10.00 km teren
01:12 h 19.28 km/h:
Maks. pr.:28.60 km/h
Temperatura:6.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 651 kcal

Dłużej się na ten rower zbieram niż…

Wtorek, 13 listopada 2012 · dodano: 23.11.2012 | Komentarze 7

Na nim pocinam.

Po tym, jak moja wczorajsza wizyta w zaborowskim Medicorze nie doznała finału, zdecydowałam się doprowadzić swoje rzężenie z płuc do stanu opłakanego i wylazłam na rower.

Idiotka to eufemizm;)

Aczkolwiek przynajmniej na rowerze nie zdycham i nie wypluwam płucotchawek. Ewidentny zatem plus dodatni.

Przed zaborowskim Medicorem przestrzegam tych, którzy liczą się z czasem. Ci, którzy mają jego szanowanie w głębokiej sempiternie, śmiało mogą lecieć i…

NA PANA DOTTORE ŁASKAWIE POCZEKAĆ.

Pan internista – choć pracuje od 12-tej, do czternastej nie zdołał dotrzeć. Panie na recepcji są w posiadaniu umiejętności pobrania forsy za wizytę, natomiast zdolności w wydobyciu informacji od lekarza (np. gdzieś pan, kurwa mać, jest??) przekraczają ich granice organizacji.

Niniejszym wkurw mnie strzelił i powróciłam do domu. I uznałam, że może okoliczność wie, że ja mogę jeździć. A nawet powinnam. Pojechałam se dziś więc do Roztoki drogą bardzo mi znaną, terenem, a wróciłam asfaltem. Pary na teren mi nie wystarczyło.

A hamulce skrzypią, aż strach!


Natomiast opowiem Wam o kotach.

Przyłazi do nas całkiem ładna trikolorowa kocica. Wszystkie jej zalety kończą się na jej urodzie. W całej reszcie jest nieprzyjemną kocią… kurwą, nie bójmy się tego powiedzieć, Andrzej.

Żre u nas codziennie.

Od szóstej rano prowadzi okupację kuchennego parapetu, na którego wskakuje, upierdalając widowiskowo elewację (powzięłam postanowienie, że zarówno elewację, jak i tę dziwkę, potraktuję Karcherem. Z tym, że dziwkę edukacyjnie).

Zasadniczo jestem kotolubna.

Ale ta suka mocno się stara o strzał z dwururki. Ani razu od niemal roku nie dała się pogłaskać. Parska, prycha, szczeka na wszystkich, którzy – UWAGA – wychodzą do niej z jedzeniem. OBŁĄKANA.

A żre jakby robiła to pierwszy i ostatni raz w życiu.

Żeby nie było jej smutno, przyprowadziła swojego dopychacza. Roboczo nazwaOpis linkalim go z Niewe Buką, bo jak siądzie w drzwiach tarasu, to wygląda właśnie jak Buka.

On akurat jest bardzo przyjemny. Odpowiada, gdy się do niego zagaja. Tylko pogłaskać się nie da, bo razem z tą dziwką żyją w strachu i sprzedają sobie nawzajem jakieś chore lęki.

No dobra, jest głaskalny podczas paszy. Wtedy zapomina się i pochłaniając Mr.Cata z puszki, udostępnia swoje czarne, fajne futro.

Razem wyglądają normalnie. Jak przez okno:

Siedzą i PACZĄ. Za żarciem:D © CheEvara



Któregoś dnia mojego choróbska siedzę se ja, napawając się niepracowaniem i co widzę w oknie tarasowym? Dwa małe, nastroszone kocie posrańce.


No to se poużywałam. Nagłaskałam się, bo akurat te pokraki pozwalają na to. Najbardziej mały rudzielec, który przy pierwszym dotyku uruchamia wewnętrzną prądnicę i jedzie z produkcją mruczanda. I patrząc czule w ludzkie oczy, PSITULA SIĘ.

Psituliś?:) © CheEvara


Jego siostrzyczka, xero mamusi ma podobny obłęd w oczach I średnio daje się głaskać:

Przechodzę tylko z tragarzami:) © CheEvara


Młokosy jeszcze się nie zwiedziały, że tu się żre i siedzą u sąsiadów. Ale wyłażą na kicianie.

Idę poszukać na allegro czegoś na tę nieprzyjazną trójkolorową zdzirę.


Dane wyjazdu:
31.66 km 8.00 km teren
01:47 h 17.75 km/h:
Maks. pr.:31.40 km/h
Temperatura:5.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 713 kcal

Żenująca przejacha;)

Czwartek, 8 listopada 2012 · dodano: 23.11.2012 | Komentarze 6

To można nazwać prawdziwym roztrenowaniem. Może i wymuszonym oraz niechcianym, ale jednak roztrenowaniem, nie bójmy się tego powiedzieć, Andrzej.

Takiej tradżedi nie było dłuuuuugo. Nie dość, że brakuje mi połowy płuc, to jeszcze jakby pikawa pracowała mi na ćwierć fajery.

Za to produkcja gili i kaszli całkiem w superpozycji.

Niniejszym zdobyłam się tylko na wypad z Domu Złego na Izabelin, zahaczając o te uliczki, o których zawsze myślałam podczas standardowej drogi do pracy „kiedyś tu skręcę”.

Pracy już nie mam, a se skręciłam. Takiego przewrotu listopadowego się szarpnęłam.

Może tak spróbuję się sama kopnąć w dupę, to mi gil przejdzie oraz mi się zachce?


Dane wyjazdu:
17.41 km 14.00 km teren
00:51 h 20.48 km/h:
Maks. pr.:30.60 km/h
Temperatura:2.0
HR max: (%)
HR avg: (%)
Podjazdy: m
Kalorie: 366 kcal

Łudzę się co do Szczepiony

Piątek, 2 listopada 2012 · dodano: 15.11.2012 | Komentarze 1

Jeszcze mam nadzieję, że pojadę.

Prónio zawiesił na FB kozacką mapę i to mnie przekonywało. Ekipa, która miała być, też do mnie przemawiała.

Wybyłam zatem, grzebiąc się najpierw nieziemsko, ku Kampino...SU, konkretnie ku Roztoce, która miała być na trasie Szczepiony.

I odnotowałam, że:
- nie mam kurwa mać siły
- jest MOGRO I ŹLIZGO
- mój łysy tylny Rocket Ron rzuca mą dupą na korzeniach
- zasmarkam się na śmierć


Nie będzie pan zadowolony.