Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi CheEvara z miasteczka Warszawa. Mam przejechane 42260.55 kilometrów w tym 7064.97 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.79 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl
button stats bikestats.pl
licznik odwiedzin blog

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy CheEvara.bikestats.pl

Archiwum bloga

Dane wyjazdu:
39.22 km 9.10 km teren
01:47 h 21.99 km/h:
Maks. pr.:34.24 km/h
Temperatura:16.0
HR max:152 ( 77%)
HR avg:122 ( 62%)
Podjazdy:201 m
Kalorie: 1022 kcal

Wtryskarki, peryferia, taśmociągi, roboty

Wtorek, 29 maja 2012 · dodano: 01.06.2012 | Komentarze 12

I żal.pl. Bo przemokły mi majty, buty i zawilgły suty. Me nie lubić deszcz, jak on raining – jak mawiał u mnie na studiach jeden lektor.

Choć widoczki w taką pogodę są zacne. Tęczę można ustrzelić.

I oczom ich ukazała się łuna. Nie! To tęcza! Tęczę widać nad miastem Ziemowice! © CheEvara


No i jakoś tak perwersyjnie mi się chce jeździć w taki ŁEDER. Nie jak niektórym, że w ogóle i zawsze się nie chce.


Mię się chce, nawet pomimo iż zaraz będzie APOKALYPSA, KYRIE elejson!

Świetne chmursko, co? © CheEvara



Z tych chmur czytam, że zbliżające się Euro przejebiemy, acz doceniam, że jednym (z dwóch) stałych fragmentów gry, jakie mamy opanowane do perfekcji, jest schodzenie na przerwę. Co do drugiego muszę pomyśleć i wybrać, czy jest to podawanie ręki rywalowi, czy może kłótnia z sędzią:D



Dane wyjazdu:
53.91 km 10.28 km teren
02:13 h 24.32 km/h:
Maks. pr.:43.54 km/h
Temperatura:21.0
HR max:164 ( 83%)
HR avg:128 ( 65%)
Podjazdy:213 m
Kalorie: 1592 kcal

Jeszcze mi nie przeszło, ale wooi z tym

Poniedziałek, 28 maja 2012 · dodano: 31.05.2012 | Komentarze 20

Są tacy, którzy zimą robią wpisy trenażerowe i opatrują je fotami z realnych wypadów sprzed jakiegoś tam czasu. To i ja se uderzę w takiego paździerza.

Tym bardziej, że obiecywałam fotencje z plaży. A że edytować tamtych postów już mi się nie chce, to odwalę manianę teraz. I se podgonię ze wpisikami.

KULARSTWO to jednak fajne jest nie tylko z powodu samego pedałowania. Rzeczy okołorowerowe też są czadzik:)


Trochęśmy się nawydurniali na tej plaży: (to będzie kiedyś fajna fota w tle fejsbukowej osi-srosi:D)


Musimy popracować nad alfabetem:D © CheEvara



Robiliśmy piramidy, wskoki, pająki i coś mi mówi, że więcej by nam się udawało, gdybyśmy się nie chichrali:D

Oprócz piramid, robiliśmy też pająka, czekam na filmik od Wojtka:D © CheEvara



Czasem opanowywaliśmy się. NA KRÓTKO:

A do tego wszystkiego grali z telefonu Buraka Som Sistema;) © CheEvara



Ale żebym tak się nie rozpływała w tym zachwycie, tak se tylko przypomnę, jak było wczoraj:

Na koniec jeszcze jedna fota z burzy piaskowej w Toruniu_baj Wojciu © CheEvara




Policyi we stolicy jak w mrowisku igieł sosnowych. MobilizaNcja jak się masz. Co z tego, skoro dziś był chyba światowy dzień tłumoka skręcającego w prawo, a PACZĄCEGO wyłącznie w lewo. Dzień ów obchodziło dokładnie ośmiu fiutów. Na trasie 14-kilometrowej o jakichś siedmiu za dużo. Byłoby ich pewnie więcej, gdybym nie uciekła po robocie w teren.


Dane wyjazdu:
81.74 km 70.00 km teren
03:41 h 22.19 km/h:
Maks. pr.:46.50 km/h
Temperatura:24.0
HR max:176 ( 89%)
HR avg:159 ( 81%)
Podjazdy:561 m
Kalorie: 2443 kcal

Siem oczyszczam po maratonie w Toruniu. I o.

Niedziela, 27 maja 2012 · dodano: 30.05.2012 | Komentarze 10

No dobra. Wujeczek Wojteczek się obtyndala i zdjęć z plażowania mi jeszcze nie wysłał, muszę ustalić, czy mnie ignoruje, czy raczej może mnie tylko po prostu ignoruje, ale wpis muszę wreszcie czasnąć, żeby mieć to już za sobą, bo strasznie mnie z rana ta Mazovia wkurwiła i liczę, że mi przejdzie, jak tylko notę dodam.

Trochę se myślę, że bez tych zdjęć z plaży, ten wpis będzie zwyczajnie hejterski, ale w sumie mam to w dupie, mój blog:D


Nie chce mi się zanadto rozpisywać, więc słowem wstępu i w zasadzie zakończenia napiszę, że nie lubię jak się komuś nie chce. A bardzo nie lubię, jak nie chce się organizatorowi wyścigu. Trochę za niechciejstwo i lenistwo uważam TAKIE wyznaczenie trasy, gdzie jej 70% to plaża.

I tak, ja wiem, że było sucho, że taka jest ogólna charakterystyka tego terenu, ale kurwa, w większości te łachy piasku biegły obok lasu – nie można było weń wniknąć i poszukać singla, czegoś o leśnym podłożu?

Czy ja się ścigam z ludźmi, czy liczę ziarna piasku?

Chyba jestem wkurwiona GŁÓWNIE dlatego, że tydzień wcześniej cięłam golonkowy Wałbrzych, a tam – jeśli się nie jechało, to nie dlatego, że piach sięgał po osie, ale głównie tylko dlatego, że się nie miało nogi.

Inna sprawa, że jestem ciotą i że Specuchowi nie zmieniłam butów, W ZWIĄZKU Z CZYM teraz dlatego grzęzłam tak, jak grzęzłam. Geaxy nie są na takie okazje.

Ale kurwa, jak zawsze mogę napisać, że na trasie było coś fajnego, tak teraz nie.

Dymać dwieście kilo po to, żeby TYLKO wyjechać z fajnego obiektu w jeden wielki (ten gorszy) Kampinos? Płasko, płasko, nuda, lekka górka, płasko, płasko, płasko… Też mi kurwa trasa.

Z tamtego roku na przykład pamiętam fajny asfaltowy podjazd, w tym roku skasowano go w połowie i trasę skierowano w piaszczysty teren.

Na plus uznaję jedynie wycięcie zeszłorocznego ostatniego 10-kilometrowego odcinka, który był nudny, prosty, płaski i nijaki, co tego jednak, skoro tu niemal ciągle były długie i szerokie PIASZCZYSTE proste?
Okrutnie nie lubię, jak komuś się nie chce wysilić.

Acz dopuszczam myśl, że Zamana mógł nie dostać zgody na wpuszczenie zawodników do lasu LASU i dlatego było tak po linii najmniejszego oporu.

Nie ukrywam ja, że nie mam nogi na takie plaskacze i nie mam też psychiki na taką nudę.

Przez całe 80 kilometrów jechałam wkurwiona na to, że mam po prostu płacić i jechać. Tym, co udostępni łaskawie organizator. I nie wymagać. Jedyne trzy momenty mojego rozchmurzenia marsowego Che-czoła to dwa wąwozy z podjazdami oraz singiel przy jeziorze.
DATS OL.

Żeby nie było, że tylko jędolę! Pozytywnie oceniam Motoarenę (acz udostępnienie jedynie zimnych pryszniców to lekka poracha, ciekawam, czy Cezary po Tour de Pologne też musiał kąpać się w lodowatej wodzie…).


Pozostałe plusy to aspekty towarzyskie: czyli spotkanie Niewe, Gora, Rootera, Dżanka, Radzia, Możańcia, consa, zacieszka w Erbasie, m.in. wtedy gdyśmy pani w punkcie poboru opłat na autostradzie chciały z Aśką zaśpiewać (ZAMIAST ZAPŁACIĆ) piesń strudzonego renifera (teraz ze uprzytomniłam, że się sfrajerzyłyśmy, bo i zaśpiewałyśmy, i zapłaciłyśmy:D). Pozytywny mocno jest też Wujeczek Wojteczek, który mnie chyba nie nienawidzi za moje żałosne tempo, fajne nawet było spotkanie z Areckim, prezesuńciem do spraw kateringu mazoviowego, który niestety jednakowoż ma w ryj za niemanie zimnego piwa dla Che. Niestety, ale muszę to napisać: CIOTA.

;)

Czy to wsjo, co miałam do powiedzenia, zanim przejdę do fotorelacji (niech zerknę w kapownik...)?


A nie, w sumie nie.
Pozdrowię na koniec maratonowych szczurów, tylko szukających, gdzie ściąć zakręty. Była se taka piaszczysta agrafka i tam sporo cwaniaków skręcało wcześniej, niż należało, kilku dla zasady obszczekałam, ale tylko dlatego, że wcześniej zjebałam zawodnika Alumexu (pewnie zaraz powiedzie, że hejt mam do nich, bo ich zawodniczka wygrała giga, ale nie, ja zwyczajnie nie lubię szczurzenia i chamstwa.) A ten oto pan zignorował se zakręt właściwy (jakieś żałosne 20 metrów przyoszczędził) i wlazł w niego na skuśkę, ruchając w dupy czterech kolarzy przed nim, którzy jechali jak trasa nakazywała. Dwóch jadących za mną chłopaków wrzasnęło mu parę ciepłych słów, ale mnie taka działalność edukacyjna nie zadowala.

JA STAWIAM NA BEZPOŚREDNI KONTAKT.

Coś jak lekcja poglądowa: „Rozmowa z klientem”.
Inna sprawa, że oto znalazłam se cel, żeby podgonić trochę.
Chwilę trwało, zanim go dojszłam, ale dogoniłam i jęłam inwokować w te słowy:

„Fajnie się tak dyma wszystkich? Lepiej się poczułeś? Dzieci na hobby tak się nie zachowują, bo wiedzą, że tak się nie robi. Jak chcesz tak pogrywać, zmień dyscyplinę na piłkę nożną”.

Na to kolega, kolarz przecie, sportowiec wszak:

ZA RĘKĘ MNIE NIE ZŁAPAŁAŚ.

Ja-je-bię-se-rio-je-bię - pomyślałam, a odparowałam:

„A co ty, dziecko jesteś? Ślepi tu nie jeżdżą i przynajmniej 5 osób widziało, jak... JAK REKLAMUJESZ SWÓJ TEAM”.


Fajnie, nie?


No. To teraz mogę przywalić z fotek, skorom się już wypowiedziała na tematy wszystkie. To jadem:

Ci, którzy część trasy objechali, zeznali mi przed startem, że jest BIAŻDŻYŹDZIE. To ja szybki luk na moje łoponki i decyduję się jechać na czymś lepszym. Nawet nadarza się okazja:

Próbuję zajumać lepszy od mojego sprzęcior:D © CheEvara



Rok temu też takie spacery były i też zaraz po starcie:

Rok temu też tu tak było. I też drepciłam © CheEvara



Czeba było chwilami szeroko omijać i manewrować:
Mam nieśmiałe wrażenie, że już tu jestem wkyrviona © CheEvara



Zasadniczo, to raczej snułam się jak ta flanelowa szmata po parapecie:

Gdzieś jestem, nie wiadomo gdzieeeeee © CheEvara



I po niemal czterech godzinach pełzania w końcu zawitałam na metę:

Choć w sumie się chacham, to wkurw mnie rozsadza © CheEvara



Tak wygląda wkurwiony potwór z Loch Ness, który robi minę nieadekwantną do snutych przez ostatnie trzy godziny refleksji:

Bez okularów trochę gorzej - foteczka by Wujeczek Wojteczek © CheEvara



A potem była już podchlapka, dzięki której wyjątkowo jak nie ja wyglądałam czysto na pudle:


Pojszłam się ogarnąć, czyli zażyć ZIMNEGO tuszu © CheEvara



W dupie się przewraca, bo troszkie myślę, że drugie to jak czwarte © CheEvara



Na koniec czekał mnie jeszcze dość gorzki RAZGAWOR z Wojciem, po czym mogliśmy wszyscy wybyć w stronę światła, stolicy, cywilizacji. A w drogę do domu udałam się z takim składem (tu fota z pierwszego pitstopu, wymuszonego, wybłaganego, wykłóconego z kierowcą TROLEJBUSA, czyli Radziem, a błagałam ja, JARZĄBEK):

Było hejnalistów wielu... © CheEvara



Następnie po trasie zaliczamy ponoć kultowy sklep (rano roiło się tam od miejscowych i chłopaki mówią, że tylko po to kończyli maraton, żeby do nich dołączyć;):

Bandzie trolli sklepowa dała wyjątkowo od przodu © CheEvara



Oczywiście nie muszę dodawać, że podróż okraszona była wieloma sprośnymi tekstami. Nie trza też wróżyć z fusów, żeby przewidzieć, że na następny wyścig (w Lublinie) towarzystwo dotrze właśnie tym TROLEJ-Lublinem...
.

Dane wyjazdu:
32.14 km 5.19 km teren
01:46 h 18.19 km/h:
Maks. pr.:45.80 km/h
Temperatura:27.0
HR max:172 ( 87%)
HR avg:126 ( 64%)
Podjazdy:466 m
Kalorie: 977 kcal

To może ja się wczorajszym dniem ośmieszać nie będę...

Sobota, 26 maja 2012 · dodano: 29.05.2012 | Komentarze 12

Bo szkurwa mać, zawsze tak jest. Se zaplanowałam, że wstanę rano, 5:30 (latem to już widno). Wstałam. O 9:30. OK, ma się to genialnie względem myśli regeneracyjnej przedstartowo, ale NI CHU IA nie konweniuje z planem napiętym mniej więcej tak jak obciski na dupie osadzonej na wylajtowanej sztycy.

W cholerę rzeczy miałam wczoraj do zrobienia. Na przykład półtorej godziny jazdy jak ciota. Myślałam, że se to wplotę w wyprawę po łyżki do opon, bo jak już nadmieniłam, jedna to za mało, (drugą wszak złamałam), ale tyle ugrałam, że we Wkręconych na Targówku mieli Topeaki, które mają właściwości antypodważalne (przynajmniej w przypadku ciasno osadzonego Mezcala), tak samo w Giancie na Bródnie.

Tylem pojeździła.

Pani Mama widząc mojego wkurwa, delikatnie zasugerowała użycie łyżki zwykłej, bo tak robił jej pan tata, a mój pan dziadek, ale ja jeszcze walczyłam.

Chciało mi się jeno zanucić: GDZIE SĄ ŁYŻKI Z TAMTYCH DNIIII?

Im większy mam amok jednakowoż, tym mniej pamiętam, jak udało mi się zdjąć tę dziwkę mezcalową z obręczy.

I w ten sposób najłatwiejsze – jak się okazało – miałam za sobą. Zdjęcie opony, a ponowne jej założenie miało się tak do siebie jak bankowiec stażysta do wkurwionego zawodnika MMA. A obaj są w zamkniętej klatce.

Gdy zamiast się regenerować, ja wylewałam już godzinę ponad siódme poty na kombinowaniu JAK to kurwa założyć (mniej więcej wyglądało to tak jakbym trapez do trójkątnego lotworu chciała wetknąć), zbastowałam. Wykonałam szybki błagalno-proszalny telefon do Wojtka, żeby jednak zgarnął mnie Airbike-transporterem spod domu, bo ja się poddaję.

Uznaję zatem przejechanie nędznych 8 kilometrów za niebyłe. A na pewno za niegodne poświęcania im wpisu.

No. Wojtek z Michałem przybyli po mnie i razem pojechaliśmy do Jabłonny zebrać ekipę, z którą przeturlać mieliśmy się nad morze. Nazajutrz mieliśmy startować w XC w Ostrzycach, a w niedzielę na Mazie w Toruniu. Ale żeby ten wyjazd uatrakcyjnić (jakby sam w sobie nie brzmiał zajebiście), Wojtek wymyślił, że śpimy nad morzem.

Tom wynalazła miejscówkę na Wyspie Sobieszewskiej i tam tegoż wieczora, po podróży pełnej statycznego tańczenia (ja i Kurka) w Erbasie oraz śpiewania (cały bus) ulokowaliśmy swe sportowe dupy.

Jak tylko dostanę fotki z hasania po plaży, zamięszczę. Nie może ten wpis być zajebisty bez nich.

Ale mogę dodać, że oficjalnym songiem tego wyjazdu jest taki, o kawałek:



;)

Wojtek za wejście do morza, NABIJANIE nóg (czyli używanie ich niezgodnie z kolarskim przeznaczeniem) rozdawał karne pompki w ilościach SETKI SZTUK. Nie wiem, ile ich mam, będzie tego ponad tysiąc.

Jakby tego było mało, mua swoje wieczorne łapanie fal (czyli zwykłe wskakiwanie na nie) okupię potem dwudniowo zakwaszonymi łydkami – to tak uprzedzając z lekka fakty.

Jednakowoż było pięknie:




Ale! Przedostaliśmy się rano pod Kartuzy, do wspomnianych Ostrzyc, gdzie Erbajki miały sobie nałapać punktów na XC podczas tegodniowego Pucharu Solema. Che wystartować nie mogła, bo nie posiada DE LAJSENS.





Acz traskę z teamem objechałam i tak se myślę – do tej pory zachodzę w głowę – co jest kurwa fajnego w jeździe w kółko... Może jak się jedzie w trupa, a tak jest na xc, to się na to nie zważa, ale mnię jako obserwatora trawi ta refleksja do teraz.

Parę zjazdów było fajnych, choć ten akurat najmniej:





Zachwycona terenami, singlami ukrytymi między drzewami, podjazdami, kórymi zdobywało się polany (na jednej psychodelicznie wyskakiwały z trawy zające), niechętnie wróciłam do bazy na obiad, a serwowano:



A przyjechał, bo wiedział, że będę oraz dlatego, że ścigał dziś się jego teamowy ziomal, Maciek, znany skądinąd jako Pan Gąsienica. Tośmy zasiedli do pogaduch, przerywanych moim niepokojem o Erbajków (Danielowi na starcie łańcuch wypadł z wózka, co mogłoby go skazać na przegranie tego w cuglach, ale chłopak się nie dał, spiął spinkę na nowo i pojechał. Ale jak! Mówił, że na 110% i to naprawdę było widać. Aśce z kolei nawalały przełożenia i dała sobie siana, a Michał na trasie się skich... zrzygał. I tak o.).

No i ło. Wkrótce potem Faścik się oddalił, grożąc, że we wtorek melduje się we stolycy, a ja poszłam szczelać fotki dekorowanemu Danielowi.

Pudło choć szerokie, to jednak ciągle pudło! I kaska przytulona:) © CheEvara



Tam też mały burdel organizacyjny spowodował, że wyczytano do dekoracji Aśkę. Teraz przedstawię scenkę chyba najbardziej żenującą ze wszystkich mi znanych.


Wojtek poszedł przypomnieć sędziom, że Kurka się wycofała, ja polazłam za nim. Po trasie napotkałam przyglądającego się dekoracji Błażeja, trenera WKK. I on do mnie:

- Idź za Aśkę!
- Aśka się wycofała – mówię na to.
- No i?
- No i to, że nie ukończyła wyścigu, to po co mam tam leźć?
- PO KASĘ – usłyszałam i poczułam, jak mi suty kwaśnieją.
Wybałuszyłam tylko oczy, zapytałam, raczej już retorycznie: „SERIO?” i oddaliłam się.

Gratu-kurwa-luję tego armaggedonu polskiej myśli szkoleniowej. I o więcej komentarza się nie pokuszę.


A cośmy robili wieczorem, opiszę potem. Bo do tego potrzebne mi są zdjęcia;)


Dane wyjazdu:
89.04 km 11.47 km teren
03:46 h 23.64 km/h:
Maks. pr.:42.20 km/h
Temperatura:25.0
HR max:171 ( 87%)
HR avg:133 ( 67%)
Podjazdy:242 m
Kalorie: 2816 kcal

Centi znów w grze

Czwartek, 24 maja 2012 · dodano: 29.05.2012 | Komentarze 14

Głównie dlatego, że Mezcal na Specowych obręczach trzyma tak, że nie jestem kuźwa w stanie zdjąć tej gównianej opony. Albo inaczej. Nie jestem w stanie jej zdjąć przy pomocy jednej łyżki (drugą w akcie szału złamałam).

W sumie tak jak z tymi kulkami.

Tajemnica uchodźctwa powietrza z podarowanej mi przez Niewe dętki (wielokrotnie przełatanej jak matka przełożona) do Centka tkwiła w tym, że w najstarszej z łatek, tuż obok łatki nieco młodszej i łatki ewidentnie świeżej istniała sobie dziura, sukcesywnie wypuszczająca dech. Suka, no.

Uwalając się jak salceson w piachu, zmieniłam na nówkę sztukę nigdy niełataną i lecieńko wkurwiona pojechałam do pracy. Napotykając na drodze przy ZOO, takiego fiutka:

Tak wygląda pojazd prowadzony i parkowany przez jełopa © CheEvara


Kierowca zapytany przeze mnie, czy myśli głową, czy jednak dupą, ze spokojem odparł mi, że chuj mi do tego, w związku z czym uznałam, że ten jeden raz do pracy mogę się spóźnić i zadzwoniłam do straży miejskiej. Wsparł mnie – czasem okoliczności potrafią ułożyć się pięknie – chłopak, który próbował tamtędy przecisnąć się, poruszając się na wózku. I zapewnił, że ma czas i że na służby poczeka. Finału nie znam, oddelegowałam się, uznając, że jeśli chujka sprawiedliwość nie dosięgnie, to może sparzy go wzrok kogoś przez niego załatwionego na cacy.

Obyś, kutasie, nie musiał się przekonywać na własnej skórze, jak to jest. Ci mimo wszystko życzę.


Dane wyjazdu:
67.68 km 10.60 km teren
03:16 h 20.72 km/h:
Maks. pr.:29.80 km/h
Temperatura:24.0
HR max:152 ( 77%)
HR avg:119 ( 60%)
Podjazdy:194 m
Kalorie: 1930 kcal

Radość CZEPAKA

Środa, 23 maja 2012 · dodano: 29.05.2012 | Komentarze 13

Bardzo miłym dziś akcentem (i to naprawdę miłym, bez żadnego mojego ukrytego hejtu), było dziś spotkanie z komunikacją miejską. I choć uśmiechnęłam się, to jednak robiłam wiele, żeby mi szczena o asfalt nie zaryła. Bo se cięłam Jerozolimskimi, tym pasem, gdzie niestety według prawa jest moje miejsce, czyli środkowym, bo prawym mogą snuć się autobusy. I się światełko czerwone zapaliło. A za mną dojeżdżał tym buspasem zbiorkom. Tom usunęła swój zad na środek środkowego, żeby se pan wjechał do końca. I pan skorzystał, po drodze zatrzymując się na mojej wysokości, dziękując i wystawiając rękę do przybicia piątki.

Tejk a fajw meeeen!
Żesz pierdaczam. Przy całym tym moim poruszaniu się po mieście, dzięki któremu w większości przypadków uważam, że ludzie to mieszanka bezbarwnej masy mózgowej, kupy i sadła, przydarza się coś takiego małego. Niby pizdryk, a proszę. Dalej jedzie się fajnie.

Dopóki w Specuchu nie złapie się gumy, dwa kilo od domu. A tak mi się fajnie cięło, że dwóch szeroko pojętych CZEPAKÓW siedziało mi na kole, dysząc złowieszczo i zgono-zwiastująco.

Z tą tytułową radością rozchodzi mi się właśnie o tę debilną zacieszkę rowerowych tenisówkarzy, których wewnętrznie rozpierdala szczęście niepojęte po wyprzedzeniu kogoś w trykotach. Chyba właśnie dlatego polubię tę chędożoną kompensację;).

W ogóle to może zorganizuję se jeszcze z trzysta osiem rowerów po to, żeby na żadnym z nich w razie potrzeby nie można było pojechać bez upierdolenia się uprzednio. W Centku guma, w Specu takoż, we fullu Dżusi Pusi dają dupy.
Jak z tymi dwiema kulkami. Jedną zepsuję, drugą zgubię.

A ponieważ niebawem Ursynalia, ja się do nich nastrajam o tak:



Nie zdziwiłabym się, gdyby cały Ursynów zaczął teraz izolować swoje mieszkania od hałasu.


Dane wyjazdu:
83.46 km 11.30 km teren
03:39 h 22.87 km/h:
Maks. pr.:44.20 km/h
Temperatura:25.0
HR max:157 ( 80%)
HR avg:130 ( 66%)
Podjazdy:272 m
Kalorie: 2311 kcal

Klocki mi się, ten tego...

Wtorek, 22 maja 2012 · dodano: 28.05.2012 | Komentarze 3

wykasztaniły. Znowu.

Wzięły i se wyjszły ze sprężynki (dodawać, że znowu?). Przy wyjęciu koła (ponownie – że tak pozwolę se nadmienić, prawda).
Chyba se kupię starą Ukrainę i w ten sposób niniejszym pierdolnę tą nowoczesnością.

Rano niemalże zmiotła mnie z Wisłostrady karetka, jadąca do kogoś. Jadąca chodnikiem. A gdy jej się ten chodnik skończył (przy wjeździe do ASP), wjechała na ulicę, po czym bez żadnego mrygnięcia, wjechała mi przed ryj ponownie na chodnik.
Kurwa, rozumiem ratowanie życia, ale może tak bez strat w innych? Senkju.

Po robo zajechałam na Dereniową, żeby se termin na restaurację Centka zaklepać, oczywiście nie obeszło się bez drobnych złośliwości, wszak czymże by była wizyta u chłopaków. Przy tejże okazji wykorzystałam nieodparty mój urok osobisty, wdzięk i naturalny glamór, dzięki czemu klocki wróciły – rękami Sławka – na swoje miejsce. A raczej wstawiły się nowe, bo tamtymi to se już można pięty zdzierać.

Widziałam dziś kolesia na Stumpjumperze tak pięknie malowanym jak, nie wiem, dzięcielina pała, no tak zajebistym, że oficjalnie przyznaję mu (temu STUMPU) złoty medal w wywoływaniu ślinotoku na olimpiadzie im. Pawłowa. Kolesia nawet nie obadalam.


Dane wyjazdu:
58.42 km 18.70 km teren
03:03 h 19.15 km/h:
Maks. pr.:42.40 km/h
Temperatura:24.0
HR max:156 ( 79%)
HR avg:121 ( 61%)
Podjazdy:211 m
Kalorie: 1871 kcal

Nadganiam, bom zasadzie w zadzie

Poniedziałek, 21 maja 2012 · dodano: 28.05.2012 | Komentarze 12

Nawet pomimo że wczoraj nie jeździłam, tylko bufeciłam (czyli jeden wpis mi odpada). Bo po Golonie pojechalim do Wrocka zmierzyć się z trasą XC na Psim Polu. Miałam niby dziś zrobić kompensację, ale że uczyniono mnię BUFETOWĄ, udostępniłam swoje koła startującym w XC Erbajkowcom, więc nie było w sumie na czym strzelić treningu. Trasa wyścigu ponoć rzeźnicka, czego nie zaznałam.
Ale towarzysko było super:

Dziadek za rzepkę i ogólnie takie takie we Wro;) © CheEvara



A dziś się opierdalałam na rowerze. W czym trochę nie pomógł przejazd lasem z Niewe. Strefa pierwaja poszła się dymać i tańczyć, nie wiem, z sowami. Ale singielek w Sierakowie był tego wart. Zanim jednak pogonilim z Niewe, to się ustawiliśmy nad Wisłą, w jednej takiej podłej knajpie nieopodal Rury, ale odstraszył nam stamtąd ogólnie pojęty klimat, który mieści się w zbiorze znaczeń hasła PUCZJOHENTSAP.

Esencja dresiarstwa i to niestety nie w pociesznym wydaniu.

Tośmy się przez to i przeto stamtąd rychło wymiksowali. W nieco bardziej kultowe miejsce, bo na Kępę do Araba. Niewe nawet asystował mi w kompensacji, jechałam, paczałam i niedowierzałam temu. U Araba ugościliśmy się jak trzeba, na co dowody ma Niewe u siebie we wpisie.

Gdyśmy poczuli należne nawodnienie organizmu, wymiksowaliśmy się na singielek, a potem na pełną wspomnień pożarówkę. W dzień nie taka ona straszna;).

Centka nie chciało mi się łatać. Podnoszę hejt w stronę złapanych gum.


Dane wyjazdu:
88.45 km 70.00 km teren
06:50 h 12.94 km/h:
Maks. pr.:51.10 km/h
Temperatura:24.0
HR max:183 ( 93%)
HR avg:151 ( 77%)
Podjazdy:2943 m
Kalorie: 4261 kcal

Wąsy z GOLONKA gilają w podniebienie, czyli Che jedzie ścigać się w HORY!

Sobota, 19 maja 2012 · dodano: 24.05.2012 | Komentarze 32

Taki jakiś spontaniczny i niecny plan urodził się w głowie mojego pana Trenera Wojcia najukochańszego.

I dobrze, że się taki plan ułożył, bo zaraz bym starą panną maratonową została, co to nie zdążyła zadebiutować na wyścigu w górach.

Ja wiem, że wszyscy, którzy się u Golonki ścigają, nabijają się z płaskiego mazoviowego MTB, ale zaprawdę powiadam Wam, póki drogi będą tak wyglądały jak wyglądają, a jednym ze sponsorów mojego teamu nie będzie LOT albo jakiś Łiz-er, to wybaczcie, w ogromnej większości pozostanę chyba przy Mazovii. Osiem godzin w Erbasie to jest jednak znaczne przegięcie skutkujące plaskaczem dupy.

I choć było nam megawesoło w tym naszym wozidle, bo a to rozwiązywaliśmy (bardzo dużo powiedziane) krzyżówkę, albo oglądaliśmy komisyjnie i zespołowo skecze na moim kłomłórkofołnie, a to po prostu każde z nas było sobą, to jednak troszkę wolałabym spędzić ten czas z tym ludźmi na rowerze (tu z krzyżówką mógłby być jedynie problem:D).

Nie zawsze jednakowoż się da.

Do brzegu.

We Wałbrzy byliśmy w piątek okolicach dwudziestej. A ponieważ Wojciu miał jakieś koła dla GG, od razu wbiliśmy do biura zawodów, żeby przy tej okazji numery odebrać. Bo ścigać się miała nasza trójka: ja, Wojciu i Mati. Lofciałam tę myśl, że nie jadę zupełnie sama.

Swoją drogą, podoba mnie się CACUNIO system orientowania się, z jakiego sektora się startuje – się przykłada numer do projektora i tam jest wszystko jasne. Zmyślne i cwane!

No i o. Nocleg mieliśmy w Jedlinie Zdrój, nawet trasa maratonu tamtędy przebiegała. Na kolację dostaliśmy wypasioną... kolację i z lekka ociągawszy się poleźlim spać.

SPAĆ to też bardzo dużo powiedziane. Gdybym tak zebrała do kupy, cuzamen hunto, czas, którym przekimała, uzbierałabym może 5 godzin. Przy wielkim marginesie optymizmu;). Nie jest to już w ogóle śmieszne.

Rano mogłam poczuć się jak naprawdę NAPRAWDĘ PROŁ, bo jedyne, co miałam zrobić, to zjeść i się przebrać. Danielo zmieniał mi opony, Wojciu ustawiał hamulce... Macie tak?

Pewnie nie macie, bo opon zmieniać nie musicie, zawsze macie właściwe, a hamulce Wam nie szwankują:D

W każdym razie. Przed startem zrobiłam se lekutką rozgrzeweczkę, napotykając przy tym Faścika oraz tabun ludzi, którzy witali się ze mną machnięciem ręki. Większości nie rozpoznałam, za co SORRAS WIELGAS, moja sława przerasta mnie;). Nie wiem, kto mnię czyta i kto klika, że lubi to i na mocy tego nie rozpoznaję, przez co jedyne, co mogę robić, to grzecznie uśmiechać się i odpowiadać na wszelkie elo, elo, pozdro, joł, lub też...

Che, ty kurwo!

;)


Dalej do brzegu!;)
Nie będę opisywała kilometr baj kilometr maratonu, bo ja nigdy tego nie pamiętam:).

Zanim jednakowoż przejdę se do punktowania tego, co mnię zaskoczyło, wymienię tylko, że bardzo przyjemnie było mi zapoznać Wiolkę i jej kolegów z Gomoli, klosia, którego zadziwiło moje napiertalanie na zjazdach, oraz tasować się z ktone na trasie, który latał jak zły, lądując chwilami w rowach tak, że mnie aż ciary przechodziły. Ale mówił, że nic mu nie jest, więc trochę wyrzuty sumienia mam mniejsze.

Ale za tekst (klosiu, Ty już wiesz co!;D) „poznałem cię po tym małym rowerku” ktoś ma tu fangę w oko!


Co mi się podobało? W zasadzie wszystko!

Po pierwsze – wcześniejszy start Gigowców. Fajne dlatego, że mogę się zorientować, z kim się ścigam i dlatego, że nie ma dzikiego napierdalania na starcie (ale to raczej specyfika terenu, jak sądzę, doświadczeni golonkowo wiedzą, że będą jeszcze mieli, gdzie się ugrzać.

Dwa to – spokojny start. Wprawdzie na Giga GG nie robił rundy honorowej tak jak tym razem na Mega, ale podobało mi się to dostojne sunięcie w miejsce, gdzie w końcu zacznie się teren. I będzie można przycisnąć.

Dzięki temu nie uciekli mi wszyscy na asfalcie, co zazwyczaj się wydarza.

3) Atrakcją maratonu miał być przejazd przez najdłuższy kolejowy tunel w Europie (1,6 km). Czytam se na forum, że nie wszystkim się to podobało, bo ciemno i przez to niebezpiecznie. Dla mnie to było zajebiste, bo właśnie po to tunel był niedoświetlony (lampy orgi ustawili co 200-300 metrów), żeby stanowił jakąś różnicę dla przejazdu na przykład łąką w pełnym słońcu. A jak ktoś nie umie jeździć po kamieniach, nawet tych luźnych, to jęczeć se może sam na siebie.


4) Niektórzy jęczą też na forum, że za dużo było podejść. No kurwa. Coś mi mówi, mam naprawdę niejasne i być może niepoparte żadną logiką uzasadnienie, że w górach czasem jest stromo i choćby się człowiek zesrał, nie wszędzie da się wjechać. Dla mnie te podejścia były fajnym testem dla łydy. Podbiegam dość sprawnie:D.

5) Trasa ogólnie – dla mnie bajabongo. Nastawiałam się na bardziej techniczne w sumie zjazdy, kamienie jak telewizory (rozwiewam wątpliwość – nie jak plazmowe ani nie jak LCD ani tym bardziej LSD i SLD) i ogólnie takie takie – nastawiałam w sensie, że obawiałam. Podjazdów było na bogato i jak się odpowiednio człowiek przełożył i usiadł na rowerze należycie, to można było zdecydowaną większość wjechać. Jeśli chodzi o zjazdy, na dwóch dałam se siana, bo tak mi podpowiadał rozsądek oraz niespisany testament, resztę zrobiłam, co dziwiło klosia;)

6) Bufety. Tak naprawdę mogłam jechać bez mojego bukłaka. GG rozstawił PAŚNIKI co 12-13 kilometrów. Raz, że naprawdę są na wypasie, bo są i pomarańcze, i ciastka, i bakalie, dwa, że tutaj to naprawdę punkt zborny, gdzie ludzie ucinają se pogawędki. Absolutny jest to czad.

7) Śmieci. Dla mazoviowego KULARZA, czyli mnie, znikoma ilość ich na trasie ponad siedemdziesięciu kilometrów stanowiła taki szok jakościowy, że przyszło mi do głowy, że może już nie jesteśmy w Polsce? Naliczyłam sześć ŚMIECIÓW (tubek po żelak i butelek po Powerade'ach). I robiłam wielki ócz. Bo u Cezarego to najwięcej syfu jest między strefami bufetowymi. Żenada absolutna.

8) I ogólnie kulturka. Nikt tu nie sadzi się, nie każe nikomu spierdalać, wszyscy jadą swoje. Ale już nawiększyn zaskoczeniem dla mnie jest to, że dublowani megowcy NIE DZIWIĄ SIĘ, że ktoś napiera z tyłu. Oni cały czas mają na uwadze, że ktoś może chcieć wyprzedzić i oglądają się za siebie. Co chwilę. I wręcz przyciskają się do zbocza góry, żebyś na wąskim singlu miał jak przejechać. Z kolei Wojtek mi opowiadał, jak ktoś jego tam wyprzedzał, a raczej chciał – na singlu poprowadzonym wokół góry. No i Wojciu też chciał być wporzo i zaczął obejmować skałę. A wyprzedzający co?
SPOKOJNIE, POCZEKAM.

Ja jebię. Jeszcze długo będę się z tego wszystkiego otrząsać. Tylko patrzeć, jak na najbliższej Mazovii zrzygam się w traumie na kogoś. A konkretnie na wszystko.

Jedyna, mocno średnia sytuacja była taka, że właśnie na takim wąskim singielku, gdzie po prawej miało się zbocze góry, a z lewej przepaść, kolesia przede mną złapał skurcz. I on na całej szerokości tego singla jął to rozciągać. Najkulturalniej jak mogłam, poprosiłam, żeby się kapkę usunął, to jakoś się prześlizgnę (jak te pozostałe 15 osób za mną), ale on szerokości nie zmienił. Ja rozumiem cierpienie i ból. Trochę jednak miałam wrażenie, że on się rozciągał tak szeroko odrobinę na złość.

I o.
Jedyne, co mi się nie podobało to meta. OK, nie spodziewałam się fanfarów, ale metę stanowił tylko bus z matą sczytującą chip i praktycznie obecność jednego człowieka. Ani pół fotografa. Spoko, na Mazovii też czasem kończę giga i nie mam ani jednej foty z wjazdu na metę, ale tu przejechałam matę i w sumie nie byłam pewna, czy ja już skończyłam wyścig, czy mam jechać gdzieś dalej.


Na szczęście czekała na mnie ekipa Airbike'a, którzy wrzeszczeli do mnie na moim finiszu i to uznaję za super bum bum:) I za znak sygnał do kończenia ściganka.

Teraz fundamentalna w sumie kwestia. Czy jestem z siebie zadowolona? Średnio. Ze zjazdów jestem, bo zjechałam wszystko to, czego boję się na treningach Na podjazdy wjeżdżalne wjeżdżałam, młócąc szkitkami, choć mogłabym to robić szybciej. Ale zasadniczo, cieszyło mnie młynkowanie obok tych, którzy podchodzili.

Se myślę, że jak na start bez sektora, bom golonkowa dziewica, było całkiem nieźle. Zdobytego miejsca nie spodziewałam się, o czym niech świadczy to, że pojechałam po wyścigu rozjechać się i nie było mnie pół godziny. Jechałyśmy se z Kurką, kiedy zadzwonił któryś z chłopaków do niej i oznajmił, że jestem druga w K2, co skwitowałam tym, że za takie dowcipy będę wysprzęglać w ryj, niezależnie od tego, jaka jest skala mojego lubienia owego żartującego.

I tak ten tego,

Od Michaliny Ziółkowskiej z Krossa, która przyjechała jako pierwsza Open dzieli mnie przepaść. Jak mnie wyprzedziła za tunelem (za ten był na dwunastym, może 15-tym kilometrze), tak tylko mogłam podziwiać nogę, gdy młóci pod górę, bo zrobiła mnie na podjeździe. 3 minuty po mnie na metę wjechała nieznana mi dziewoja, która rozpierdalała koncertowo proste zjazdy, ale jak pojawiały się korzenie i kamienie, to się snuła, co dawało fory mua. Tak samo pod górę miała problem, gdy było nierówno, dzięki czemu i na ostatnich dziesięciu kilometrach odeszłam jej – na tradycjnym już wkurwie.



GIEneralnie było super extra, szkoda tylko, że mam tak mało fot z trasy (kiedy fotografery golonkowe wrzucają foty na stronę??) A parę razy lampa mi błyskała po facjacie, więc może po prostu się opindalają:).



Największą tragedią dla mnie były moje NAKURWIAJĄCE PLECY. Trochę przestałam w końcu być kreatywna, bo skończyły mi się pomysły na pozycje, w których te jebane tyły mnie nie bolą.

Jak przyjechałam na metę, oznajmiłam ekipie, że marzę o wannie wypełnionej lodem, żebym mogła tam znieczulić ten tępy ból.


Póki co instaluję tu tylko jedno zdjęcie, w sumie najfajniejsze;)

No trochę zacieszka jest!;) © CheEvara



Acz widoki urywały dupę, zwłaszcza w miejscu, gdzie oczom (mym) ukazała się panorama Karkonoszy. A ukazały, bo jebłam w pieniek i łapiąc się po drodze, wszystkiego co mogło mnie zatrzymać, starałam się nie polecieć na maxa w dół. W wilki jakieś.

I na tym filmiku będzie widać, jak było przepięknie:

&feature=youtu.be.


Zastanawia mnie tylko, czemu czas z wyścigu na moim Garminie mam zgoła inny od tego, który mam w wynikach - mój Garmę mówi, że wjechałam na metę z czasem 5:57, w wynikach jestem 13 minut później. Nie kurkumam.



I makaron na Mazovii lepszy!


Aaaaaa! Foty w Sportograferze jednak mam. PŁATNE, KURWA.


Pe.eS. Wpis uzwględnia i rozgrzewkę, i maraton & rozjazd. U mnie jak w wojsku, cyfra musi się zgadzać.


Dane wyjazdu:
38.06 km 0.00 km teren
01:30 h 25.37 km/h:
Maks. pr.:36.00 km/h
Temperatura:23.0
HR max:172 ( 87%)
HR avg:141 ( 71%)
Podjazdy: m
Kalorie: 1019 kcal

Robim wPROwadzanko se, ehe!

Piątek, 18 maja 2012 · dodano: 24.05.2012 | Komentarze 5

I to z rańca, do czego na ogół ciężko mnie zmusić. Ale pane trenere zarządzili zbiórkę o 11 na Mokotowie, skąd mieliśmy – wpakowani do Erbasa – uderzyć na Wałbrzych i cza było wyrobić się z treningiem teraz zaraz.

A ja tak naprawdę serio serio to zasnęłam, jak mi budzik pobudkie obwieścił. Dopiero wtedy.

Plusem tegoż poświęcenia mojego było to, że patelnia nie zdążyła jeszcze zaistnieć i nie jechałam w pełnym upale. Co średnio ostatnio sprawia mi radochę, o robiącej się w imponującym tempie odwróconej pandzie pod oczami od okularów nie wspominam.

Podobno to jest pro, ale ja takie pro to pier.... TAKIE PRO TO JA IGNORUJĘ.

Z przyspieszeń swoich zadowolonam. Jak tak se przemyślę, to jest tylko jeden rodzaj treningu, kóry lubię, ale NAJMNIEJ (nie przyznam się oficjalnie, że go nienawidzę:D), ale wprowadzenie nim nie jest. Wprowadzonko Che lubiwać.

Jakem już strzeliła ostatnią minutę zapierdalanka, znalazłam se towarzystwo. Znaczy się to ono znalazło mnie. Nadjechało zza pleców, dokładnie wtedy, gdym ja w tanecznym układzie choreograficznym (na rowerze) wyrażała swoje zadowolenie z przepalanka. No gibałam ręcyma w chorełce „cegła cegła, szpachla szpachla” oraz „wkręcamy żaróweczki” i „dłubiemy w ucholcu” oraz takie tam.

Mam niejasne wrażenie, że już kiedyś z tym kolesiem zapindalałam w towarzystwie, przynajmniej rower kojarzę. Triathlonista – jako rzekł o sobie. Ucięliśmy se całkiem sympatyczną pogawędkę, ten obiecał mi kciuki za jutro, czyli za debiut na Golonie i tak mi se fajnie upłynęła połowa zadanej wytrzymałości, bo rozjechaliśmy się przy Gdańskim.

I bardzo bardzo PLASIAM Słavcia z Dereniowej, bośmy ino się minęli, ale już nie miałam czasu na postoje. Cza było dymać pod Oszo na Modlińskiej, gdzie mieli mnie przechwycić chłopaki Lotosiaki.

Opisać, jak nam odpierdalało razem tugeda w Erbasie, czy jednak Wam oszczędzić?

Oszczędzę Wam, zapodam Wam tylko krzyżówkę, którą tośmy ROZWIĄZALI:


Można powiedzieć, że to NOWATORSKIE ROZWIĄZANIE:D © CheEvara


Hasło jest złotą myślą ugandyjskiego inicjatora Międzynarodowergo Dnia Agugaga. Nie pytajcie:D